Mr. T.

Nikt nie wie co tak naprawdę dzieje się za tą blaszaną kurtyną, za którą właśnie jedziemy. Właściwie widzisz tylko światła mrugające w bezdusznym rytmie 0-1. Możesz jedynie próbować zgadywać kim jest ta kobieta za kierownicą i wyobrażać sobie wrażliwość, z jaką naciska pedał gazu.” (cytat z życia wzięty, autor anonimowy).

Uczucia te dojrzewały we mnie powoli i naturalnie. Nigdy nie zapomnę pierwszych spotkań z pewnym siebie ognistoczerwonym Starlet. Jego mruczących reakcji kiedy z lekką niepewnością przesuwałam dłońmi po jego kierownicy po raz pierwszy albo debiutanckiej odcinki, gdy zaskoczył mnie swoim stanowczym podejściem do sprawy. Zajęło nam parę dobrych miesięcy zanim wspólnie zdecydowaliśmy, by pójść na całość. Kiedy już to zrobiliśmy, od razu był z tego puchar! To był mój pierwszy raz. Myślę, że jego też, choć zawsze unikał dyskusji na tego typu tematy. Było niewymownie ale trwało bardzo krótko. Nagła konieczność wyemigrowania spowodowała, że rozstaliśmy się boleśnie. Raz na zawsze. Dziś jest już z inną ale nigdy go nie zapomnę. Starlet mnie naznaczył. Już nic nigdy nie będzie takie samo. And he knows it.

Minęło parę lat. Na emigracji wyleczyłam się z uczuć. W zasadzie już prawie zapomniałam o japońskim duchu przenikającym moją materię na wskroś. Jak to w życiu w takich momentach bywa, oczywiście zaraz się znajdzie coś co ci o tym przypomni. Kiedy już sądziłam, że słabość do pachnących kwiatami wiśni jegomości opuściła mnie raz na zawsze i kiedy gotowa byłam związać się z dobrze wychowanym, ułożonym i prostym chłopakiem z Niemiec, jedna chwila zupełnie przewartościowała moje podejście do sprawy. Był to moment, w którym moje oczy odnalazły jego zdjęcie na jednym z najsłynniejszych randkowych portali. Łudząco podobny do Starlet, bliźniacza budowa ciała, podobne pasje… Celica – jej starszy brat. Wiem, że może ci się to wydać dziwne, jednak uwierz – mimo wyraźnego damskiego akcentu w ostatniej zgłosce nazwy – trudno było się oprzeć jego męskiej ofensywności. Zresztą, mamy gender oraz tolerancję, więc powiedzmy, że jeśli nie zrozumiesz, to też jest ok.

Szybki telefon. Podróż na drugi koniec Polski. Pierwsze spotkanie. Serce łomotało jak szalone na wszystkie gary. Już po pierwszych pięciu minutach poczułam, że stąpam po dobrze znanym mi terenie. Rozumiana, chroniona i bezpieczna. Zupełnie jak przy Starlet z tą różnicą, że ten typ był znacznie bardziej dotknięty upływem czasu. W grucie rzeczy mocno zaniedbany. Na pewno znasz to z filmów Tarrantino – kilkudziesięciodniowy zarost, stare wytarte jeansy i wydziarane ciało. W dodatku dużo palił, pił i źle się odżywiał. Wszyscy mówili, żebym w łeb się stuknęła, że z takim to ja daleko nie zajadę. Stanęłam w obliczu dylematu – serce albo rozum. Oczywiście, rozkochał mnie w sobie zanim zdążyłam podjąć złą decyzję. Zaakceptowałam go takim jakim był. Choć wiedziałam, że dużo lepiej wyglądałby w dopasowanej koszuli i dobrze skrojonym garniturze. Wtedy byłby jak uzewnętrznienie boskości. Jak yin i yang. Siła oraz delikatność w jednym. Najbardziej imponowała mi jego wolność, której przejawem był osobliwy zapach jego ciała, najmocniej wyczuwalny po skrajnym wysiłku. Kochałam tę jadowitą oktanową woń. Bywały dni, że czułam ją w najdalszych zakamarkach nosa. Nawet gdy znikał, jeszcze długo po tym doświadczałam jego zapachu. Zapachu i drżenia. Nieznośnego ciała rozedrgania. Pragnienia ciągłego doświadczania go i poznawania. Do granic przytomności wskazówek się zbliżania, głośnym rykiem sąsiadów budzenia i robienia wszystkich tych najbardziej nielegalnych rzeczy w mieście. Mimo częstych spotkań zawsze było nam mało. Nam, jemu? On nigdy nie mówił o tym co czuje. Wydaje mi się jednak, że wychodził z założenia „expect nothing, enjoy everything”. Nie oczekuj niczego, ciesz się wszystkim. Azjatycka dusza wychowana na nieprzewidywalnych wulkanach. Nie chciałam go zmieniać ale uporczywie stawiałam wymagania i pokazywałam czego mi trzeba. Wiedziałam, że sam kiedyś do tego dojrzeje, że kiedyś zrozumie. Byłam gotowa dać mu tyle czasu ile tylko będzie potrzebował, jednocześnie licząc się z tym, że być może nigdy nie pocałuje moich włosów.

Nieunikniony kryzys, jak w każdej nieprzyzwocie pięknej bajce, zbliżał się wielkimi krokami. Czaił się tuż za jesienią tego rogu. Trochę za bardzo dałam popalić. Jakaś kłótnia, ostra wymiana zdań. Od tego czasu nie było między nami dobrze. Tolerowaliśmy się jedynie. Jak pies i kot, przy czym to on warczał na mnie niezadowolony. Napięcie rosło, ujścia nie było. Pewnego dnia nastąpiło gwarantowane apogeum całej tej sytuacji: zagotował się, zaczerwienił, krzyknął, trzasnął drzwiami i… po prostu wyszedł. Nie rozumiałam co się z nim właściwie działo. Dałam temu jednak spokój. Nie szukałam, nie dzwoniłam. On milczał. Cisza. Przepadł bez śladu. Czułam, że przesadziłam. Z każdą poranną kawą coraz mocniej godziłam się z nieuniknioną stratą. Zajmowałam się swoimi pasjami z przekonaniem, że już nic nigdy nie będzie takie samo…

Minęło parę długich tygodni. Pewnego, dość późnego wieczora, kiedy pospiesznie wychodziłam na spotkanie z przyjaciółmi, moją uwagę przykuł dziwny cień w bramie. Odgłos szurania po asfalcie brzmiał niezwykle znajomo. Poczułam niepokój pomieszany z oktanacją. Osobnik wyłonił się zza murku i stanął w słupie mdłego światła nocnej latarni. Znajome lśniące oczy zabłyszczały w moim kierunku. Wtedy dopiero do mnie dotarło – on… wrócił! Bardzo zmieniony, ale… wrócił! Przeszedł transformację nie do uwierzenia. W nowym salonowym image wyglądał onieśmielająco. Jak Mario Casas, Johny Depp i Haruma Miura w jednym wyciskaczu łez naraz. Spojrzałam na jego biały uśmiech, nogi się pode mną ugięły, w uszach pojawiły się dziwne dźwięki. Potem nic już dalej nie pamiętam – zemdlałam.

Kiedy się ocknęłam, trzymał mnie już w swoich bezpiecznych, silnych ramionach, a ja słuchałam przyspieszonego rytmu jego serca. Nareszcie mogłam przyjrzeć się jego prawdziwej naturze, ostatecznie przede mną odsłoniętej. Naturze z obydwu skrajnych stron mocy, które się uzupełniają i nie wykluczają. Porażająca energia w subtelnej obudowie. Delikatność nienagannego pomruku z mocnym wciśnięciem w fotel. Większość ludzi tylko marzy o takiej relacji, kończąc swe życie z paroma pikantnymi plakatami w garażu lub dobrym Harlequinem w pomarszczonych ze starości dłoniach. Ja też marzyłam. Goniłam za dnia sen jak niebieski ptak. Wierzyłam że niemożliwe jest możliwe, wystarczająco mocno, by się ziściło. To jedzieje się naprawdę! Rozpędzone perpetuum mobile nakręcane energią z marzeń. Nie zatrzyma go żaden radiowóz ani fotoradar.  Takie marzenia jak to… są po prostu niedoścignione.

Koniec.

Koniec?

Kto uparcie wierzy w motogamię może teraz już wylogować się na mleko z czosnkiem.

Wczoraj ujrzałam kolejny obiekt moich nocnych westchnień. Ten już jest tak niedościgniony, że sen sam będzie się spędzał z powiek do końca moich dni. Koniec ze spokojnymi nocami i beztroskim spoczynkiem pod osłoną księżyca. Moc ujarzmiania razy 600, sprawność 4×4, liczba osobników tej rasy 3. Pytasz dlaczego? Odpowiadam – bo świat nie był na niego jeszcze gotów, tak jak na wynalazki Tesli. Wyobraź sobie jednak, jak wyglądałby dziś gdyby ten projekt wszedł w życie? Szkoda, że pozostał nam jedynie niedosyt i gryząca mózg świadomość „What if…?”. Oto starszy brat Starlet i Celiki. A imię jego 222D.

Przecież to nie na ludzkie nerwy! To nie na nasze słabe serca! Jak żyć w ciągłym stanie napięcia, panie Premierze? Do czego to wszystko mnie kiedyś doprowadzi? Tak – do tego też! Wierzę jednak, że to już na torze Nurburgring, na którym z pełnym zapamiętaniem będę mogła dać się poprowadzić jednemu z przedstawicieli tego rozpruwającego zmysły azjatyckiego rodu. Wierząc, że mnie nie zabije. Kiedyś naprawdę oszaleję!

Toyota? Toyota! Toyota!!!

Can U hear me???! Toyota, I F…ING LOVE YOU!

fot. Toyota Motor Corporation

Podziel się!
  • Rewelacyjne autko!

  • części iveco

    Świetny samochód, pozdrawiam ciepło i zachęcam do odwiedzin