Znowu zarżnęłam silnik… (ale to nie do końca moja wina)

1.8 engine toyotaRedukcja do dwójki, hamowanie, zakręt. Szczyt, wyjście, pełen gaz, 6 tys. obrotów na blacie. I nagle – jak coś nie DUPNIE!

Tak zakończył się ten piękny sierpniowy wieczór, choć poza wylaną kawą na szyberdach z rana, nic na to nie wskazywało. No dobra, pieprzę bez sensu. Jasne, że wszystko na to wskazywało. Od momentu kupna Celiny liczyłam się przecież z tym, że kiedyś nadejdzie ten moment. Nikt z nas przecież nie wierzył w te kilkukrotnie cofane 180 tys. km. Wiedziałam o tym bardzo dobrze z każdą kolejno wlewaną bańką oleju i z każdorazowo głośniejszymi stukami dochodzącymi gdzieś z głębi jej mocno już osłabionego serca. Wiecie – arytmia, momentami bezdech, w nocy głośne sapanie. Mimo to nadal zapierdalała. Zadziwiała mnie jej wola życia.

To był wieczór jak inne. Czyli inny niż pozostałe. Stara, dobrze mi znana trasa powrotna do domu. Każdy z nas takową ma. To taka z rodzaju tych, na których nawet po naprawie gniazda zapalniczki sprawdzasz czy nie poprawił się może od tego fałmax w zakręcie. No i w końcu jeden z moich ulubionych winkli. Całkiem nieźle żarło ale… Ale jednak zdechło. Poczułam to wyraźnie przy górnej skali obrotów – nagle coś padło. Zabrakło mocy. Zaczęło trzaskać. Zatkało się. Nie wiem. Gdybyście tylko widzieli moją minę… Ta świadomość, że oto znowu w moich rękach ginie maszyna… Nie lubię tego uczucia.. Od razu przed oczami stanęły mi wszystkie moje ex-, które nie podołały. Obydwa Matizy, krótka ale efektowna historia z Pugiem 205 GTi, która tak naprawdę do dziś nie została dokończona (o tym będzie w następnym wpisie, obiecuję!), a teraz Celina… Wiem, że wszystko ma swój policzony czas – jej był i tak długi. Odchodzi z honorem, jak na prawdziwą Toyotę przystało. Myślę, że o takim końcu marzyła. Że trzymała styl lepiej niż tłoki i że lepiej jej zrobić chyba nie mogłam. Że do końca z pełnym oddaniem chciała służyć swojemu bogu czyli mnie. Romantyczny koniec. Kto nigdy nie przeżył tego ze swoim autem, może tylko żałować.

Nie chcę was jednak pozostawić w smutnych nastrojach, więc pozwolę sobie teraz odwrócić kierunek emocji. Celina do domu oczywiście dojechała – jak na bohatera przystało. I pewnie jeszcze by gdzieś chętnie pojechała, gdyby zaszła taka potrzeba. Widzę przecież, jak mruga do mnie zaczepnie, jak nóżkami przebiera… Chyba jednak wolę dać jej odejść w spokoju. I tak nie miała lekko przez ostatnie pół roku. Zasłużyła sobie na to. Albo na nowy sprawniejszy enżin, który teraz jest już nieuniknionością (od inevitability). Dawca już jest. W Łodzi. Wtorek? Uda się!

W każdym razie nie najszczęśliwszej konstrukcji 1.8 najwyższy czas powiedzieć w jej języku: Sayōnara!

toyota 1.8

PS. Babciu, mamo, tato – czytacie między wierszami? 😀

Podziel się!
  • Świetny blog. Od czasu do czasu odwiedzam motocainę i cieszę się, że tutaj też trafiłem 😉

  • Jednostka 1.8 to rzeczywiście nienajlepszy pomysł Toyoty.

  • Co ciekawego słychać, jak tam prace? Coś ostatnio nic nie piszesz, a szkoda bo lubię Cię czytać 🙂

  • Mes

    no właśnie jak tam nowa jednostka się spisuje?

  • i jak pracuje nowy silnik?

  • I jak tam, jakieś postępy? Na blogu tak cicho, że chyba praca wre 😉

    • AMG

      Postanowiłam wsadzić silnik 3.5 l V12 z Lambo, więc sam rozumiesz – przy tych gabarytach…

  • Niech Celina spoczywa w pokoju 🙂
    Ewentualnie, niech niech nam żyje 100 lat z nowym silnikiem od dawcy 🙂

  • roman

    Te 1.8 toyoty to byla pomylka, wszyscy piszą o tym na forach. Najwiekszy problem – konsumpcja oleju. Twoj i tak dlugo wytrzymal ale nie pomogałas mu.