Dziś prawdziwych instruktorów już nie ma…

fot. SeatCztery koła i okna ze szkła. Egzaminy i jazdy i trema… i na nerwach ten palant ci gra.

Dawne życie poszło w dal – dziś już nikt nie uczy nas jak tu jeździć, jak przewidzieć i jak myśleć – wielki żal. Mogła bym tak dalej za Marylą, bo tych koni to jednak mi trochę żal, że się nie zmieściły. Zwłaszcza, że Maryla wie co to dobry koń mechaniczny i z pewnością jeżdżąc po Polsce również natrafia na L-ki, które parkują na słupki. Albo w żółwim tempie opuszczają skrzyżowania. Albo pędzą po centrum miasta w godzinach szczytu z prędkością tak nadmiernie niską, że fotoradar robi im zdjęcie w skali ujemnej.

Znasz to dobrze – litera L przed tobą, granice prawa moralnego w tobie. Choć rzeczywiście tłumy L-ek na drogach coraz częściej przypominają stado ujaranych trutni, trudno sparafrazować Kanta porównując tę sytuację do gwieździstego nieba. To raczej osiedlowy chodnik obsrany przez pupile mieszkańców. Wdepniesz zawsze wtedy, gdy założysz nowe ulubione szpilki. Na stojącą w miejscu L-kę natrafisz dokładnie w momencie, w którym zależy ci na szybkim dotarciu do celu.

I czasem jest to powód, dla którego jednak chciała bym zostać instruktorem prawa jazdy. Żeby nauczyć ludzi jeździć, a nie turlać się. Żeby przyszli kierowcy zrozumieli, że rozwidlenie dróg to nie najlepsze miejsce na rekreację, że ze skrzyżowania trzeba spierdalać. Żeby nie czuli stresu w sytuacji kiedy konieczne jest przekroczenie magicznej cyfry na blacie wynoszącej 50 km/h, powyżej której dla niektórych świat jest nieznany, tajemniczy i niezrozumiały. Żeby, zamiast przejmować się pierdołami, które pokazuje licznik, raczej skupili się na myśleniu i przewidywaniu. Żeby móc zabrać ich na tor i pokazać co się dzieje, gdy wejdzie się w zakręt przekraczając “ponaddźwiękową” prędkość wynoszącą około 30 km/h. Ale przede wszystkim po to, żeby pokazać innym instruktorom jak należy uczyć jeździć kursantów. Bo niektórzy naprawdę jaja sobie robią.

Pół biedy, kiedy musisz się wlec za taką L-ką bo instruktor nie potrafi przycisnąć kursanta do dynamicznej jazdy. Rozumiesz, że kursant się uczy. Próbujesz też zrozumieć, że instruktor się uczy. Że każdy z nas kiedyś się uczył i popełniał błędy. Ale kto do cholery, wypuszcza „świeżaka” w godzinach szczytu na najbardziej ruchliwą drogę? Mój były instruktor na przykład. Przytoczę tę krótką historię, bo myślę, że warto.

Pamiętam, że mało się nie spaliłam ze stresu, kiedy na pierwszej lekcji pan po krótkim wprowadzeniu polegającym na pokazaniu gdzie w aucie jest silnik, kazał mi wsiąść za kierownicę i od razu skierował mnie na dwupasmową ulicę Armii Krajowej w Krakowie. Byłam przerażona. Wprawdzie wcześniej jeździłam traktorem, ale to przecież zupełnie inny styl był. No wiecie – taki terenowy bardziej – dylnąć po ziemniaki w pole z wujkiem. Ewentualnie podpiąć drewnianą przyczepę z rodziną, ale nie jakieś tam zaraz armie krajowe. Na trzeciej lekcji instruktor zabrał mnie na obwodnicę Krakowa i kazał mi się rozpędzić do 130 km/h żeby zobaczyć jak to jest. I to było ok. Tyle tylko, że nawet do tych 130 rozpędzić się nie umiałam, bo piątkę wrzuciłam przy 80 km/h, myśląc że tak trzeba. A pan instruktor nie zapytany – milczał. A jak nie milczał to opowiadał historie swojej rodziny, podczas gdy ja świadoma powagi sytuacji i zupełnego braku moich umiejętności mało zębów nie pogryzłam z nerwów. Zasypywałam go technicznymi pytaniami, na które odpowiadał mi tak, że nic z tego nie rozumiałam. Dziś skwitowała bym to jednym krótkim zdaniem – nie był zaangażowany. A nic mnie tak nie wkurza jak niewłaściwy człowiek na niewłaściwym miejscu. Jego po prostu to nie kręciło. W dupie miał co się ze mną stanie, gdy zrobię prawko i zacznę jeździć. Niczym za komuny, po skończonej robocie podbijał kartę i reszta go nie obchodziła. Na szczęście ja się przejmowałam. Po tej przejażdżce po obwodnicy udałam się do biura firmy i poprosiłam o zmianę instruktora. No i wtedy się zaczęło…

Do tej pory nie wiem, czy zrobili to na zasadzie “Chcesz? To masz!”, czy była to raczej kwestia przypadku. W każdym razie gość był bezlitosny i dawał nieźle popalić. Najmocniej docinał mi kiedy nie przewidywałam, nie myślałam i niepotrzebnie zamulałam. W zasadzie to nawet kilka razy pozwolił mi przekroczyć dopuszczalną prędkość, jednak najczęściej wraz z tym pojawiał się przekaz w stylu “no widzisz – zapierdalałaś i teraz masz tego konsekwencje”. Opierdalał mnie na każdym skrzyżowaniu. Co chwilę. Tak szczerze mówiąc to każda lekcja z nim była dla mnie wtedy jak podróż malezyjskimi liniami lotniczymi. Kiedy po naukach jazdy z nim wracałam do akademika (a jeszcze wtedy byłam bardzo wrażliwa i nie wszystkie mechanizmy obronne działały u mnie jak należy) nerwy mi puszczały i wpadałam w płacz. Mój ex mnie wtedy przytulał i nic nie mówił. Ale zaraz później to on zaciągnął mi pierwszy ręczny na zakręcie, żebym zobaczyła jak to jest 🙂 Dzień przed egzaminem facet zrobił mi z dupy jesień średniowiecza. Już nawet z psychologicznego punktu widzenia patrząc na to wszystko, można było się założyć, że nie zdam. Ale na koniec powiedział “Dostosuj prędkość do swoich umiejętności. Jak pojedziesz na egzaminie wolniej, nic się strasznego nie stanie. Ale jak przegniesz i coś przeoczysz, to zawalisz i nie zdasz. Powodzenia. Trzymam za ciebie kciuki.” No, nareszcie coś podbudowującego. Na egzaminie tego się trzymałam. Byłam mocno skupiona i ku mojemu zdziwieniu zdałam za pierwszym razem. Choć wtedy tego nie rozumiałam, dziś jestem szczęśliwa, że coś mnie wtedy tchnęło i postanowiłam zmienić instruktora, z pana “Milczę Więc Jestem” – w “Opierdalam Więc Szkolę”. Jednocześnie dziś, jak czasem obserwuję, w jaki sposób kursanci są szkoleni, to mam ochotę wysiąść z auta, dogonić tę nieszczęsną L-kę z buta, przeprosić pana instruktora na chwilę i zapytać go, czy nie wolał by może zająć się jednak malarstwem. Albo czymś takim.

Nie wiem, co skłania niektórych do przyjęcia roli instruktora jazdy. Ale jedno jest pewne – większość tych nauczycieli, podobnie jak w szkołach, nie robi tego z powołania. Oni robią to tylko dlatego, że nie mają na siebie lepszego pomysłu. A że wymagań w zasadzie nie ma żadnych, to wszyscy tacy ryją się do tego łatwego koryta. Bo żeby zostać instruktorem, trzeba mieć tylko prawko kategorii B minimum dwa lata i zrobić odpowiedni kurs. Tylko tyle. W konsekwencji tego, wyjeżdżają na drogi zamulone L-ki, z których potem wyłaniają się kierowcy jeżdżący tak, jak by permanentnie byli w stanie narkozy po ekstrakcji szóstki u swojego dentysty. A jak się zdenerwują, to “czasem sobie przycisną”. I właśnie wtedy – podczas tego “czasem” zabijają siebie albo innych. Bo nikt nie nauczył ich myślenia, przewidywania i dostosowywania prędkości do warunków. Bo barany, które nie mają pojęcia o jeździe, uczyły ich sztywnego trzymania się przepisów i niczego poza tym. Serio ludzie – jak macie zamiar tak wykonywać swoją pracę, to może lepiej idźcie na bezrobocie, bo będzie z tego lepszy pożytek dla świata. A nauczanie zostawcie tym, którzy naprawdę potrafią i kochają to robić.

Ciekawa jestem, jakie wy mieliście doświadczenia ze swoimi instruktorami i jak często spotyka się takiego nauczyciela jazdy z powołania. Ja na przykład miałam znacznie więcej szczęścia niż rozumu. No ale ja się w dzieciństwie własnym gównem usmarowałam. Wyobrażam sobie jednak, co by dziś ze mnie zostało, gdybym wtedy nie zmieniła tego instruktora… Jeśli bym jeszcze żyła oczywiście. Bo mój temperament w zestawieniu z zupełnym brakiem myślenia zapewne doprowadził by mnie do grobu. Być może gdyby nie gość, który nauczył mnie jeżdżenia, nie było by ani AMG ani całego tego bloga. I dobrze wiecie, że nie żartuję. A gdybym żyła to była bym jak ulotny Frog w swoim białym BMW. Niczym biegnąca na oślep kura bez głowy. Jak małpa z kałaszem. Nad wyrost. Bez sensu.

Podziel się!
  • Coraz rzadziej uczy się nowych kierowców tzw. „świadomości na drodze” oraz płynności jazdy. Potem ubolewają na technice i nie wiedzą jak się zachować podczas ryzykownych sytuacjach… co wiadomo jak się kończy. Pozdrawiam M. Z.

  • Ja nie mogę narzekać na mojego instruktora, wszystko było w porządku, egzamin zdany za drugim razem.

  • Niestety artykuł jest jak najbardziej celny, bo dzisiejsi instruktorzy, a raczej ich kompetencje i podejście do kursantów pozostawiają wiele do życzenia. Ze świecą można szukać naprawdę rzetelnych fachowców.

  • Ja też trafiłam na super instruktora..ale co z tego jak egzaminator był zupełnie inny…to jak gra w lotto..nigdy nie wiadomo na jakiego egzaminatora natrafisz..niestety 🙁

  • Ja akurat nie mogę żalić się na mojego instruktora, aczkolwiek mam świadomość, że dzisiaj trafić na przyzwoitego to prawdziwa sztuka. Jak czasami słyszę co te „oryginały” wyczyniają to zastanawiam się jakim cudem oni nadal pracują w tym zawodzie.

  • Moi ulubieni to ci którzy załatwiają z kursantami swoje prywatne sprawy, każąc się podwozić..

  • Natrafiłam jeszcze na taką adekwatną historyjkę, znalezioną na fb: „[Andrzej Pawcenis] jak robiłem kurs na prawo jazdy (rok 2004) to instruktor też mówił, że 5-tka tylko do jazdy poza miastem. jak nie daj borze wrzuciłem ją na obwodnicy takiej metropolii jak Giżycko to mało mnie nie wysadził z auta. więc jakoś nie dziwi mnie to”. Nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać…
    (źródło: https://www.facebook.com/zlomnik/posts/10152618568064618 )

    • AMG

      Ja bym na jego miejscu sama wysiadła, bez proszenia 😀 Absurdy sięgają zenitu, dlatego też napisałam ten tekst, choć wiem, że raczej niczego to nie zmieni. No ale taka już rola blogerów. Od zmieniania takich rzeczy są politycy, a mnie do tego zoo naprawdę niespieszno…

  • Ujemna skala fotoradarów – oo tak 😀 Myślę, że byłoby z tego tytułu nie mniej przychodów, co jest z obecnego systemu… Nawet, gdyby wykluczyć L-ki – one mają dla mnie immunitet, chociaż to prawda, że nie każdy powinien się do nich pakować (tak na lewe, jak i prawe siedzenie), a i sama sobie czasem nie odmawiam przyjemności dynamicznego wyprzedzenia takowej, oczywiście celem dania dobrego przykładu, jak można jeździć w granicach przepisów :p No ale na dziadkach-działkowcach i innych niedzielnych strachajłach fotoradary też by sobie zarobiły 😉

    Ale co do zasadniczego tematu – myślę, że w niektórych przypadkach to też nie jest wina samych instruktorów, a systemu regulaminów, przepisów i ograniczeń, których muszą się trzymać i dla dobra własnego oraz swojego biznesu nie będą ryzykować nauczania z pasją w momencie, gdy jakiś rozhisteryzowany kursant pozwie ich potem za namawianie do rozsądnej, dostosowanej do innych pojazdów, jazdy, która naraziła biednego kursanta na stres.

    Też przerobiłam paru instruktorów. Na kursie trafił mi się dziwny starszy gość, który nie za wiele faktycznie uczył, więc poprosiłam o zmianę i dostałam już kogoś z jajami. Ale to na kursie, dawno temu, zaś parę lat później, jak w końcu się wkurzyłam i mimo braku perspektyw na auto, zapisałam się na egzamin (po zdaniu którego golf spadł mi z nieba 😉 ), to przed nim wyrobiłam jeszcze jazdy doszkalające. No ale w tego typu układzie instruktorzy też chyba inaczej podchodzą, bo to już nie uczniowie „z urzędu”, tylko klienci 😉 Dlatego też nie odnotowałam jakichś rażących postaw, ale z pierwszego zrezygnowałam, bo chyba był za drogi i uczył jakoś tak bez polotu, drugi z kolei przesadzał z zaangażowaniem (co kto lubi, ale lekkie adhd u instruktora też jest niewskazane ;p). Na koniec trafiłam na fajnego faceta, zrównoważonego, rozsądnego – właśnie widać było, że lubił swoją pracę. Wiedział, kiedy pochwalić, kiedy przytemperować, nie milczał, za to udzielał przydatnych informacji nie tylko z bieżącej sytuacji na drodze i był otwarty na pytania teoretyczne. No ale też, statystycznie wychodzi, że jednak dwóch było spoko, na pięciu przetestowanych, więc nie dziwię się Twoim odczuciom opisanym powyżej…