Truck Driver cz. 2

6 rano. Budzik. Niesprawność fizyczna i umysłowa. Kawa. „Ale już do auta na drogę weź, bo czasu nie ma”. Pół godziny jazdy w ciszy. Powolne zapoznawanie się ze światem. Ośrodek egzaminowania WORD. Ostatnie (i jedno z pierwszych) przeglądanie testów z poprawnymi odpowiedziami pod otwartą klapą bagażnika Citroena C1… 7:20. Żarty się skończyły – wchodzimy.

Jak wygląda korytarz czegokolwiek przed pokojem, w którym ma się odbyć jakiś egzamin, chyba każdy z was bardzo dobrze wie. Ciasno, duszno i niepokojąco. Krzątają się kandydaci w tych swoich przepoconych do granic możliwości niedzielnych wdziankach, z przerażeniem w oczach szukając nadchodzącego egzaminatora. Kto to będzie? Czy okaże się człowiekiem czy zwykłym dupkiem? Choć wtedy z tego się śmiałam, jak się okaże w następnej części – to, kto jest waszym egzaminatorem, gra w tej całej zabawie niezmiernie istotną rolę. Mianowicie – egzamin może być stresujący i niezdany, niestresujący i zdany albo… mistyczny. Przy tym ostatnim efekt końcowy egzaminu nie gra zasadniczo dużej roli.

Ale wróćmy do tego, co dzieje się wcześniej. Egzaminatorem okazuje się być starszy sympatyczny pan. Wchodzimy do sali z komputerami, pan sprawdza obecność. Jestem jedyną dziewczyną w zestawie, na szczęście nikt tego nie komentuje. Krótkie wyjaśnienie co i jak zrobić i zaczynamy test. Wynik pozytywny – YES! Najgłupsza część egzaminu za nami! Przechodzimy do następnego etapu pod tytułem plac manewrowy. Ktoś losuje ten sam dla wszystkich zestaw:

Łuk, parkowanie prostopadłe do garażu tyłem i zawracanie na trzy.

Prościzna! Kandydaci na prawko kategorii C smętnie niczym spaniele suną na plac manewrowy, po czym zaczynają zdawanie, każdy po kolei. Starając się nie słuchać krwawych opowieści ludzi stojących obok mnie o tym jak to egzaminatorzy oblewali przeróżnych delikwentów, staram się wyluzować. Pamiętam, jak zdawałam w Krakowie egzamin na osobówki… Podeszłam do egzaminu na totalnym luzie, wychodząc z założenia, że na pewno za pierwszym razem nie zdam, bo mało komu się to przecież zdarza. Dzięki czemu zapewne i zdałam, bo stres mnie nie sparaliżował. Ciężko jakoś jednak uspokoić się po godzinie spania w nocy i dwóch mocnych kawach na pusty żołądek. Stoję więc na tym placu, dygoczę.  Już nie wiem czy z zimna czy ze stresu. Czekam cierpliwie na swoją kolej. Która nieubłaganie nadchodzi.

Zostaję odpytana ze szczegółów technicznych dotyczących samochodu, po czym siadam za kierownicę i delikatnie ruszam. Zaczynamy od łuku. I tu to chyba nie za bardzo jest co pisać dalej. Powiem wprost – nawaliłam. Schrzaniłam na łuku. Oczywiście, mogę zgonić na to, że lusterka były do dupy, że sprzęgło brało za wysoko, a wsteczny, kiedy nie zaparłeś się o dźwignię zmiany biegów całymi siłami, w zasadzie nie wchodził. I że łuk był inny niż na placu ośrodka szkolenia. Prawda jednak jest taka, że gdybym umiała, to bym zdała i nie ma to tamto. Tak więc zakończyła się moja kariera kierowcy ciężarówki dnia danego. Jacek był lepszy ode mnie – zdał plac i pojechał z egzaminatorem na miasto. Nie było go ponad godzinę. A gdy wrócił, okazało się, że nie zdał, gdyż prawie wjechał pod tramwaj w ostatnich minutach trwania egzaminu. Do tego stopnia, że sam by siebie oblał, gdyby był egzaminatorem. Tak to cholera już jest, jak człowiek zamiast skupić się na tym, że jedzie samochodem, myśli o tym, że jest na EGZAMINIE. Ostatecznie stało się chyba najlepiej jak tylko mogło. Oboje nie zdaliśmy, więc szczęśliwie opuściliśmy ośrodek egzaminacyjny, po drodze zapisując się u pani w okienku na następny termin, a rodzinie, która wydzwaniała z ciekawości mówiliśmy:

– Jaki egzamin? Przecież to dopiero w październiku…

 

Ciąg dalszy nastąpi 😉

tutaj znajdziesz: Truck Driver normalnie cz. 1

Podziel się!
  • Ja na egzaminie zawsze się denerwuję, ale trochę melisy przed i jakoś idzie 🙂

  • Pingback: Badania psychomotoryczne | AMG()

  • Z. Freud

    Interesujące porównanie ludzi do spanieli… Czy ma/miała Pani psa rzeczonej rasy?