Kontrowersyjne zmiany w kodeksie drogowym

Kto za tym wszystkim stoi, czy jest sens się buntować, jaka czeka nas przyszłość oraz ucieczka w utopię czyli jak można by zrobić, by wszyscy byli zadowoleni.

W ostatnich tygodniach w Internecie aż huczy od komentarzy zbulwersowanych obywateli Polski, mocno przeciwnych nowym przepisom drogowym, które wydaje się, że teraz już naprawdę wejdą w życie. Aby odpowiedzieć na pytanie, kto za tym wszystkim stoi i dlaczego podjęto takie a nie inne decyzje, sięgnęłam do źródła, czyli Narodowego Programu Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego. Obserwując bowiem, co niektórzy wypisują w sieci, i wnioskując, jak pobieżną wiedzę na ten temat mają, postanowiłam przybliżyć nieco istotę całego programu.

Po pierwsze – kto tak naprawdę za tym wszystkim stoi?

Prawie dziesięć lat temu, a dokładniej w czerwcu 2003 roku blisko 60 proc. Polaków uprawnionych go głosowania wzięło udział w referendum odpowiadając na ważne, a kto wie czy nie najważniejsze w historii Polski pytanie: Czy wyraża Pan/Pani zgodę na przystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej? 77 proc. z nas odpowiedziało na to pytanie twierdząco, co spowodowało, że Polska weszła do UE i od tej pory zaczęła mieć mniej do gadania jako samodzielne państwo. A z tego wynika już cała reszta problemów. To nie, jak się niektórym wydaje, Ministerstwo Transportu odpowiada za cały ten cyrk. Ci tylko muszą dostosować przepisy wewnętrzne kraju do wyższych rangą przepisów ustanowionych przez UE. A w programie ewidentnie jest napisane, że „Unia Europejska zamierza do 2050 roku zmniejszyć liczbę wypadków śmiertelnych do liczby równej ZERU”*. Nie wiem kto w Brukseli wpadł właściwie na tak absurdalny pomysł, jednak jako, że brzmiał on idyllicznie, został przez wszystkich radośnie zaakceptowany. Czyli kto za tym wszystkim stoi? Właśnie głównie Unia Europejska oraz w nieco mniejszym stopniu ale też – ONZ. Czyli pokrótce – nasi ministrowie mają gówno do gadania. Po prostu muszą wyknuć takie przepisy, które wchodząc w życie sprostają wymaganiom odgórnie narzuconym przez Unię.

fot. http://www.transport.gov.plPo drugie – rzeczywistość

Czytając to pewnie właśnie zastanawiasz się jak niby do cholery w ciągu niecałych 40 lat w Polsce ma zmaleć liczba zabitych w wypadkach z ponad czterech tysięcy do zera? Brzmi jak absurd, prawda? To teraz odpowiedz sobie na pytanie – jak bardzo absurdalne w takim razie muszą być przepisy, które by to wszystko regulowały? Jak bardzo restrykcyjnie musi być na drogach, żeby ludzie (którzy z natury popełniają błędy, o czym zresztą wspomina się w programie) nie powodowali żadnych wypadków. Jak w ciągu 40 lat osiągnąć taki efekt w kraju, w którym mamy do czynienia ze społecznym przyzwoleniem na szybką jazdę. Choć to nieodpowiedzialne, zapierdalać po drogach publicznych kochamy do tego stopnia, że wydaje nam się na dzień dzisiejszy, że nasze życie straci sens, kiedy będą zabierać prawko za podwójne przekroczenie prędkości w terenie zabudowanym. Ale z drugiej strony, drodzy koledzy i koleżanki, jakie inne wyjście mamy? Możemy narzekać, buntować się, strajkować – i tak nic to nie zmieni. Pozostaje jedynie zamknąć dzioby i pokornie stosować się do przepisów. A jedynym momentem, w którym mieliśmy cokolwiek do gadania, było wspomniane wcześniej referendum w 2003 roku. Godząc się na przynależność Polski do Unii zgodziliśmy się właśnie na to właśnie, że: emisja CO2 za duża – trzeba zmniejszyć, wypadków za dużo – trzeba zmniejszyć, GMO za mało – trzeba zwiększyć, auta bez ABS-ów, ESP oraz setek innych elektronicznych asystentów podróży i innych brzdękających ciulstw nie nadają się. A jeśli nosisz się z zamiarem nabycia jakiegoś dobrego starego wozu w stanie kolekcjonerskim, zrób to jak najszybciej. Pociesz mordę choć przez chwilę, zanim zupełnie zostaniesz skazany na „super-hiper jedyną taką designerską” okablowaną mydelniczkę jednego z trzech koncernów na świecie. Kto wie, czy za parę lat będzie w ogóle możliwość zarejestrowania czegoś tak niebezpiecznego jak Ford Capri z 1969-go. Jeszcze nie daj boże zabijesz się i kto będzie płacił podatki? Albo co gorsza będziesz ciężko ranny i oprócz tego, że nie będziesz płacił podatków, to jeszcze będziesz kosztem dla państwa…

Po trzecie – co powinno być zrobione?

Zacznę od tego, że tego rozdziału miało w ogóle nie być. Powstał on jednak po rozmowie z moim osobistym doradcą, Jackiem:

– Ania, nie możesz pisać artykułu, w którym tylko narzekasz. Powinnaś też napisać o tym,      co można by zrobić, by było lepiej, a nie tylko krytykować. Z tego przecież nic nie wynika.
– Ale przecież ja już pisałam o tym wiele razy…
– To nie szkodzi, napisz jeszcze raz o tej edukacji kierowców już od przedszkola, o drogach…    sama zresztą wiesz co robić.
– Ale przecież oboje wiemy, że to utopia i państwo nigdy nie wyłoży takiej kasy na edukację    kierowców.
– No to napisz po prostu jak ty byś to widziała.
– No dobra, napiszę taki konstruktywny podrozdział, powtarzając się po raz kolejny…

fot. MercedesChoć moim zdaniem niemożliwym jest osiągnięcie wyniku bliskiego zeru ofiar śmiertelnych w wypadkach samochodowych (chyba, że drogi zbudowane były by z materaców), uważam, że oczywiście – istnieje szansa na obniżenie ilości tragicznych wypadków na polskich drogach. I to bez zabierania ludziom przyjemności z dynamicznej jazdy. O ile sam program mocno porusza na przykład główny problem polskiej komunikacji – jakość dróg (i dobrze), o tyle według mnie za duży nacisk położono na sankcje karne, a za mały na edukację. Czyli najprościej rzecz ujmując – znowu zabrano się do tego od dupy strony. Nie uczyć, a karać. W dziale edukacja znajdziemy jedynie takie zaplanowane kierunki działań:

• Edukacja szkolna kształtująca postawy zachęcające do bezpiecznych zachowań w ruchu drogowym;
• Wprowadzanie do systemu szkolenia kierowców zagadnień związanych z konsekwencjami niebezpiecznych zachowań;
• Prowadzenie kampanii informacyjnych i promujących bezpieczne zachowania.**

Według mnie to za mało. Gdybym to ja była ministrem transportu, największy nacisk położyła bym właśnie na edukację i kształtowanie właściwych odruchów u przyszłych kierowców i pieszych, a nie na powiększanie liczby fotoradarów i przyznawanie pieszym całkowitego pierwszeństwa. Jakkolwiek zrozumiałym jest, że pieszy na drodze jest bardzo bezbronny wobec pędzącego samochodu, o tyle świadomość całkowitego pierwszeństwa takiego przechodnia może skończyć się dla niego bardzo źle. Nieostrożne wybieganie zza rogów budynków czy zza zaparkowanych samochodów wraz z przeświadczeniem „mam pierwszeństwo i nic mnie więcej nie obchodzi” może spowodować spore problemy. Zostawmy jednak pieszych w spokoju, zajmijmy się kierowcami. Dlaczego nikt z ministerstwa transportu nie kuma, że to właśnie edukacja przyszłego kierowcy jest w tym wszystkim najważniejsza? Że bez niej można zapomnieć o bezpieczeństwie na drodze? Co mi z tego, że koleś na sąsiednim pasie jedzie przepisowo jak rozstawione wokół fotoradary nakazują, skoro widzę, że ledwo auto na pasie potrafi utrzymać? I co mi szkodzi, że ktoś jedzie 80 km/h w zabudowanym, skoro robi to pewniej i ostrożniej niż ten jadący 40 km/h? Kierowca kierowcy nierówny. Zdarzają się wprawdzie tacy zdolni, którym rzeczywiście wystarczają dwa miesiące by pojąć obsługę pojazdu mechanicznego, zdarzają się jednak i tacy, który po roku nie ogarniają manualnej skrzyni biegów. Pomijając fakt, że czas trwania kursu na prawo jazdy powinien być uzależniony od indywidualnych predyspozycji i dopiero, kiedy instruktor uzna, że kursant potrafi jeździć, powinien dopuszczać go do egzaminu, edukacja motoryzacyjna (najogólniej ją nazywając) powinna zaczynać się już w przedszkolu. Z pojazdami powinniśmy mieć do czynienia już od najmłodszych lat. W szkołach powinien być taki obowiązkowy przedmiot jak przysposobienie motoryzacyjne, który z racji tego, że od tego jak jeździmy zależy nasze życie powinien być ważniejszy od historii czy geografii. Najpierw, jeszcze w przedszkolu, nauka jazdy na rowerku, takim z tymi kółkami pomocniczymi, co by gleby co chwilę nie zaliczać. Potem bez kółek. W szkole motorynka, skuter. Gdzieś w liceum quad, potem samochód. Wiedza teoretyczna (zasada działania silnika, napędów, ogólna budowa samochodu), zajęcia praktyczne z mechaniki samochodowej, place manewrowe, poślizgi, symulatory. Tak, żeby od małego człowiek rozumiał zasady działania pojazdu mechanicznego, wiedział, że czasami trzeba zmienić olej, filtry, umiał wymienić sobie żarówkę, rozumiał prędkość, czuł na czym polegają podstawowe prawa fizyki. Gdyby tacy kierowcy wyjeżdżali na ulice, nie było by potrzeby wprowadzania absurdalnych ograniczeń i inwestowania w systemy pomiarowe prędkości. Nawet drogi mogły by być nieidealne, bo myślący świadomy kierowca potrafił by po prostu dostosować prędkość do warunków jakie panują w jego otoczeniu.

fot. FordTymczasem rzeczywistość wygląda mniej różowo. Od kierowcy wymaga się, by jeździł odpowiedzialnie i bezpiecznie po 30 godzinach spędzonych za kółkiem (kursy na prawo jazdy powinny trwać przynajmniej dziesięć razy tyle!). Ostatecznie więc wygląda to tak: sadzają cię pierwszy raz za kierownicą i każą na miasto od razu jechać. Ty baraniejesz, bo zupełnie nie wiesz, co gdzie co i jak naciskać, a instruktor każe ci jechać. I jedziesz. Jakoś. Potem kończysz kurs na prawko ale zupełnie nie kumasz, o co w tym wszystkim chodzi. Zdajesz egzamin, odbierasz z urzędu dokument potwierdzający twoje niby-umiejętności i wyjeżdżasz na drogę zupełnie nieświadomy tego, że w rękach trzymasz poważną broń w postaci rozpędzonej masy żelastwa. Resztę historii dopisuje życie. Jeśli będziesz miał wystarczająco dużo szczęścia – przetrwasz. Jeśli nie – zginiesz lub kogoś zabijesz.

Po czwarte – co da się zrobić?

Niestety, przyszłość wcale nie zapowiada się lepiej – czeka na nas jeszcze więcej fotoradarów, jeszcze więcej radiowozów i jeszcze wyższe mandaty. Być może lepsze drogi. Oby. Tym, którym samopoczucie rośnie wprost proporcjonalnie do wzrostu wartości na prędkościomierzu pozostaje tylko jeździć dynamicznie poza drogami publicznymi: tory, rajdy amatorskie czy też profesjonalne i może jeszcze jakieś upalanie w dzikich lasach. Przynajmniej tego nam jeszcze nie zakazali, choć i tak przepisy FIA i PZMOT też są coraz bardziej upierdliwe. A na drodze? Cóż, trzeba będzie niczym idiota grzecznie stosować się do absurdalnych przepisów.

Jest jeszcze parę wyjść z tej sytuacji, ale są one dość skrajne. Można na przykład nic nie robić i liczyć na koniec świata, ale biorąc pod uwagę, że na następną taką możliwość trzeba chwilę poczekać, chyba prędzej umrzecie z głodu. Można też zabawić się w terrorystę, tylko kogo tak naprawdę by tu sterroryzować? Można jeszcze zostać ministrem transportu i wprowadzić sensowne zmiany, ale to ciężki chleb (nie zazdroszczę żadnemu ministrowi). Można też nareszcie strzelić sobie w łeb i w ten sposób pokazać, że ma się cały ten ichniejszy system w dupie.

 

W załączniku Narodowy Program Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego 2013-2020 (PDF)

*Narodowy Program Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego 2013 – 2020, Praca zbiorowa pod red. Sekretariatu Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego (Ministerstwo Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej), Warszawa 2013, s. 12-17
** tamże, s. 23

 

 

Podziel się!