Na dragach…

O tym dlaczego dragstery są dla mnie bez sensu i co wspólnego ma z nimi Mc Donald’s…

Po raz pierwszy w sumie na żywo miałam okazję oglądać na żywo wyścigi dragsterów. Impreza odbyła się w pierwszy majowy weekend na lotnisku Gardermoen w pobliżu Oslo. Tym, którzy nie siedzą w temacie, wyjaśniam: dragster to taki przyklejony do ziemi samolot. Nie uniesie się w powietrze, ale poza tym wszystkim – wrażeń dostarcza przynajmniej takich samych jak wtedy, gdy lecicie tanimi liniami z waszego kraju zamieszkania do Polski na weekend. Dragstery nie są ani piękne (swoja aparycją potrafią raczej przerazić, nie mówiąc już o tym co może się stać kiedy przemówią), ani nie skręcają. Nie nadają się na rodzinny majówkowy wypad a na Mazury ani nawet niespecjalnie na podryw. Chyba, że zechcecie towarzysza/towarzyszkę podróży zabrać na podróż dookoła świata. Warunek jest jeden – jedziecie cały czas autostradą, w końcu auto nie skręca. Nie ma więc zjazdów na stację po piciu, siku ani Burn’a. No i o romantycznej nocy nad jeziorem przy blasku księżyca i jej włosach na waszej twarzy też raczej możecie zapomnieć…

Jedyną mocną stroną dragsterów jest to, że przyspieszają. Choć ścigają się tylko na prostych i krótkich dystansach to i tak często się psują. Biorąc pod uwagę, że w wyścigu takim przejeżdża się 1/4 mili, bardzo ważny jest start. A uwierzcie (ci którzy jeszcze nie wierzycie) nie prosto jest ruszyć dynamicznie nie paląc kapcia w miejscu pojazdem, w którym do dyspozycji macie kilka tysięcy KM. Tyle z teorii. A teraz parę moich osobistych przemyśleń na ten temat.

Jeśli mam być zupełnie szczera to trochę dziwię się tym wszystkim kierowcom dragsterów. Zastanawiam się, co może być takiego fajnego w kilkusekundowym prowadzeniu 3000-konnego pojazdu oprócz kupy dymu zjaranych opon w kabinie i intensywnego orgazmu.

Show, który na początku może wydawać się atrakcyjny szybko zaczyna nudzić i kibiców, kiedy to samochody zaczynają się powtarzać, a ich awarie z pozoru wyglądające na opanowane przez ekipę mechaników okazują się jednak być „nieopanowywalnymi” (musiałam dać w cudzysłów, bo Word twierdzi, że nie ma takiego słowa w języku polskim, też tak sądzicie?). Najfajniejszy jest park serwisowy – tam można sobie poobserwować jak czasem i dziesiątki ludzi pracują w pocie czoła nad tym, żeby jeden samochód mógł przejechać jak najszybciej swoje życiowe 1/4 mili.

Albo nagle w przypływie olśnienia zrozumieć jak to oni do tego pomarańczowo-czarnego bez drzwi wsadzili kierowcę. Albo nie móc potem zasnąć, godzinami zastanawiając się na przykład po co ludzie zatykają rury wydechowe piłeczkami palantowymi…

Dragstery to taki trochę McDonald’s – sprawę załatwiasz szybko, bez zbędnych ceremonii. Dziękujesz, wychodzisz, trzaskasz drzwiami, na końcu nonszalancko bekasz i… zapominasz. Racja, McDonald’s ma swoje plusy – na przykład zawsze jest po drodze. I zazwyczaj nie czekasz ze skręconymi kiszkami na żarcie dłużej niż parę minut. Ja tam jednak wolę trochę pokrążyć w poszukiwaniu restauracji, gdzie podadzą mi do jedzenia coś lepszego niż utopiona w wielokrotnie odgrzewanym tłuszczu kura…

Poniżej więcej zdjęć z imprezy autorstwa… mieszanego. Nie pamiętam, kto które zdjęcie zrobił, więc napiszę tak: Mix created by AMG & Piotr Ryjak (z pozdrowieniami dla tego pana, bo pozdrawiany na moim blogu jeszcze nie był – niech czuje się wyróżniony, a co!).

Podziel się!