Refleksje po Rajdzie Szwecji

Wiele razy marzyłam o tym, by kiedyś obejrzeć choć jedną rundę rajdowych mistrzostw świata. Wydawało mi się, że te wszystkie amatorskie pojeżdżawki na torze w Kielcach czy Tychach są zaledwie przedsmakiem tego, co może dziać się na prawdziwych oesach WRC. Sama Barbórka 2010 była dla mnie już sporym przeżyciem. Pamiętam, jak na każdy bączek wokół beczki na ul. karowej reagowałam żwawym piskiem i podskokami. Normalnie bardziej niż Pikuś na widok swojego pana w drzwiach. Nie liczyło się, że zamarzał mi mózg. Że palce odpadały od stóp. Kuchary, Kajty, Kuzaje i inne Bouffiery zadbały o to, by kibice się nie nudzili. Były emocje, były powalające dźwięki, były wrażenia – był show! Niezapomniany.

Z nieukrywaną radością w stanie mocnego napięcia emocjonalnego pojechałam więc wczoraj do Szwecji obejrzeć ichniejszy rajd. I wiecie co? To ostatni raz, kiedy coś takiego zrobiłam. Pojemność 1.6 w silniku samochodu klasy WRC to jakaś porażka. Przecież te auta pierdzą jak mucha zamknięta w słoiku po korniszonach. Żadnych emocji. Nul, zero. Nothing. Od początku byłam przeciwna decyzji FIA. Mniejsze silniki, bo ekologia? Bo bezpieczeństwo? Bo co?! Bo ekonomia? Dobry boże, ktoś z was jeszcze w to wierzy?

Nie myślmy jednak o tym co smutne. Pobujajmy trochę w obłokach. Pamiętacie te piękne czasy, kiedy rajdy były rajdami z krwi i kości? (koniecznie obejrzyjcie ten film). Te czasy, na które ja załapałam się już tylko jako widz przed ekranem komputera. Te Quattro, Stratosy, Delty HF Integrale i Renault Turbo działają na mnie przez szklany ekran bardziej niż DS-y, Countrymany, Fiesty i Fabie na żywo. Nie da się ukryć – w czasach grupy B, jak koło takiego kibica przejechał rajdowy samochód, to aż aparat na ziemię sam spadał, a sam kibic klękał, mdlał, umierał. To były prawdziwe potwory, które już samym swoim rykiem budziły respekt. A dziś… sorry, ale jakoś śmieszy mnie, kiedy duzi poważni chłopcy w małych karykaturalnych zabawkach próbują z jazdy po kawałku toru zrobić prawdziwy show. Przecież te auta nie jadą! W dodatku dławią się na niskich obrotach (jak to powiedział Jacek) jak amatorki. Ja znowuż, niczym prezes Zaiksu mogłabym powiedzieć: „To nie brzmi, proszę pana – to nie brzmi. Nie możemy tego wydać.”

Wiecie jednak co dziwi mnie najbardziej? Że te wszystkie Hirvoneny, Loeby, Solbergi, Latvale i inni mają jeszcze ochotę bawić się takimi popierdółkami. Osobiście, kiedy zabierają mi fajną szybką zabawkę, a dają w zamian jakąś starą i nie z update-owaną, wzbudza się we mnie straszna agresja i mam ochotę zabić, ugryźć, zabić. Nie mogę więc się nadziwić, jak to się dzieje, że ci kierowcy się nie buntują. Wręcz odwrotnie – niczym posłuszne owieczki próbują udowodnić całemu światu, że auta klasy WRC „som faaaaaaajneeeee”. Ciekawe, czy w imię ekologii zgodzą się też za kilka lat na starty rowerami. W dupę se wsadźcie takie rajdy. Rajdujcie sobie sami dla siebie. Ja już więcej nigdy nie zapłacę za żaden bilet na wurcowy oes. I nie będę niepotrzebnie trzaskać tylu kilometrów (swoją drogą, sama podróż do Szwecji i z powrotem po oblodzonych trasach dostarczyła nam większych wrażeń niż ten rajd). Wolę za darmo pooglądać amatorki. Przynajmniej czasem ktoś na dach poleci. I nie jest to smutne tragiczne ani straszne tylko śmieszne. I nikt niczym się nie spina, każdy ledwo wiąże koniec z końcem trytytkami i jakoś daje radę. A i uśmiechu na twarzy więcej niż u takiego posępa Loeba.

A, byłabym zapomniała. Bajeczka na dobranoc. Taka, na dobry sen.

Za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami, za siedmioma górami żyły potwory zwane grupą B. Grupa ta raz na jakiś czas spotykała się w wybranym przez siebie miejscu i organizowała rajdy. Za ich kierownice wsadzano wtedy niewolników-ludzi, którzy ze strachem w oczach wywiązywali się w wyznaczonych im zadań. Trudne do opanowania potwory przejmowały kontrole nad kierowcami, były bowiem maszynami do zabijania.  Ich wyziewy i złowieszczy ryk mroziły nawet te najsilniejsze jednostki psychiczne. Nawet najtwardsi osobnicy nie potrafili poskromić potworów. Mimo jednak, że rajd kończyli wykończeni, przerażeni i mocno zdziwieni faktem, że jeszcze żyją, w ich spojrzeniu dało się wychwycić jakiś taki specyficzny błysk. Iskierkę satysfakcji. Spełnienia. Niestety, ta zakamuflowana przyjemność płynąca ze stosunków antagonistycznych obydwu gatunków szybko dobiegła końca. Ludzie ujarzmili bowiem potwory. Związali, ograniczyli i przejęli nad nimi władzę. Tym samym też człowiek zaczął szczycić się tym, że odzyskał wolność, jednocześnie, o paradoks, będąc bardziej zniewolonym niż do tej pory.

Podziel się!