Autokopex Rallysprint cz. 3, ostatnia.

Po zaparkowaniu udajemy się na odcinek. Jestem strasznie ciekawa, jakim cudem Vito swoim Lancerem mieści się na tym trójkącie między drzewami. I wyobraźcie sobie, że się mieści! Na milimetry i bokiem, ale się mieści – przekoleś!

I kiedy tak stoimy sobie przy trasie i obserwujemy zmagania ostatnich załóg, dopada nas jakaś wesoła ekipa, jak się potem okazuje z Renault 19.

– Jak tam lusterko? Całe? – słyszę i nie wiem, o czym oni do mnie rozmawiają
– A uderzyłam gdzieś lusterkiem?
– A, może to nie ty byłaś…
– No mam nadzieję, jechałam Starletką…
– A, to ty tak ostro naginałaś! No powiem ci koleżanko: szacun, wielki szacun! – (ale urosłam…) – A tym lusterkiem w drzewo walnęła ta dziewczyna z Colta. Długo już jeździsz w rajdach?
– To był tak naprawdę był mój pierwszy raz, niestety jeszcze nie dotarliśmy się dobrze z Jackiem i było kilka pomyłek.
– No widzieliśmy wasz ostatni przejazd, bo jako pierwsi zajechaliśmy na metę. Nie zrobiliście beczki.
– Czego?
– No tej beczki na początku, tylko skręciliście od razu za oponami.
– O jakiej beczce ty mówisz? – nie ukrywam, lekki niepokój mnie ogarnął.
– No tej niebieskiej, na samym początku, po pierwszej prostej.
– To tam była jakaś beczka? – pytam mocno zdziwiona.
– No tak…
– Jacek, widziałeś tam jakąś beczkę? – pytam mojego pilota odpowiedzialnego w końcu za to, którędy pojechaliśmy.
– Nie, ale wiesz co? Chodźmy zobaczyć, o czym oni mówią.

Idziemy. I ja już wiem, że wesoła ekipa z R19, mimo iż była wesoła, w tym temacie nie żartowała… Dochodzimy.

Stoi. Jak wół na granicy. Cholerna niebieska beczka stoi i ani drgnie! Patrzy w naszą stronę i z nas drwi: „Widzicie, nie jesteście tacy fajni, jak wam się wydawało!”.
– Jacek? – pytam półprzytomna.
– Nie, ani razu jej nie przejechaliśmy, za każdym razem od razu jechaliśmy w lewo.
Zaniemówiłam. Wszystko mi opadło. Ręce, nogi, zapał, radość, podniecenie… Wszystko to pożarła niebieska, pojemna jak sam skur….syn beczka. A więc za każdy przejazd dostaniemy taryfę, będziemy ostatni w generalce. Jestem czerwona bardziej niż Starletka. Już nawet nie wiem czy ze wstydu, czy z wściekłości. Chcę się zapaść pod ziemię, nie pokazywać nikomu na oczy. Sięgam do torebki, wyjmuję z niej wielkie przeciwsłoneczne okulary i znikam za ich barierą. Nie podchodzić, bo gryzę! W tym miejscu pozdrowienia dla czytelnika i jednego z zawodników, który w swoim komentarzu w poprzedniej części relacji wyznał, iż zrobił dokładnie to samo. Drogi Gładki z Peugeota 306, połączmy się w bólu!

14:15
Na szczęście miejsce oczekiwania na wyniki to przyjemny sosnowiecki park, w którym niespłoszone rajdówkami ptaszki konsekwentnie napierniczają swoje sonety, a drzewa dają schronienie przed prażącym słońcem. Trochę mi przechodzi, uspokajam się, wdycham względnie świeże powietrze i oddaję się wyglądającym-na-inteligentne rozmowom z innymi kierowcami. Już nie jestem tak pewna siebie, jak wcześniej. Raczej słucham co mają do powiedzenia mądrzejsi ode mnie, bez zbędnego wymądrzania się. I wiecie co? Jednak chłopaki w nasterydowanych Sejach wiedzą lepiej. I nie ma to tamto. Ci z Renault zresztą również.

14:45
Czekamy na wyniki…

15:15
Pisałam już o tym, jaki mam osobisty stosunek do czekania, prawda?

15:30
Wynurzamy się z zacienionego parku i idziemy w stronę słońca. Ku tablicy wyników. Która oczywiście dalej jest pusta. Ale obok niej jakieś zamieszanie, pewnie ktoś już rzucił hasło, że niedługo, że jeszcze chwilkę, że zaraz. No więc my też stoimy i już na krok od stanowiska organizatora nie odchodzimy.

15:50
Wiecie, co jest najlepszym rozwiązaniem w upalny słoneczny dzień rajdowy? Nie, nie przewiewny t-shirt, nie koszulka na ramiączkach. To jest Subaru. Taka kamizelka, która wygląda, jak by była zimowa. Ale tylko wygląda. Bo założę się, że człowiek, który ją miał na sobie zainwestował w najwyższą wersję wyposażeniową, taką z klimatyzacją. Tak więc podczas gdy wszyscy w krótkich podkoszulkach prażyliśmy się w blisko 30-stopniowym upale, on z dumą paradował sobie w takiej właśnie niby-zimowej kamizelce Subaru. Już samo logo odejmowało mu pewnie kilka stopni Celsjusza…

Z zazdrosnymi pozdrowieniami dla tego pana. Pełen szacun z mojej strony.

16:10
Są wyniki. Tłum typu takiego, jaki towarzyszy często promocjom w Tesco zgromadził się przy tablicy wyników. Ja również bezwzględnie się ryję. Wzruszony chyba tym wszystkim podchodzi do mnie żul i pyta:

– Co tu się dzieje?
– Rozdają browary za darmo, tylko trzeba się zapisać – słyszę zza pleców i już nie wyjaśniam szanownemu żulowi niczego, bo lepszego wytłumaczenia niż kolega za mną z pewnością nie wymyślę.

Udaje mi się dopchać i przez wolną przestrzeń między spalonym przez słońce ramieniem jednego pana, a przetłuszczonymi włosami drugiego udaje mi się wypatrzeć, że nasze nazwiska nie widnieją na końcu listy. Co więcej, nie jesteśmy nawet przedostatni. Na 29 załóg zajmujemy honorowe 20-te miejsce w klasyfikacji generalnej i przedostatnie (piąte) w klasie. Co najlepsze, z tego co widzę (a widzę więcej, bo już się trochę rozluźniło) wynika, że Colt jeździ słabiej niż Starletka, gdyż Klaudia jest niżej ode mnie. Wizja plastikowego pucharka dla najlepszej załogi kobiecej już stoi mi przed oczyma…

Jak się okazuje, rzeczywiście, po niecałej godzinie już trzymam w ręku pierwszy w życiu puchar kierowcy rajdowego. Niby strasznie dumna z siebie nie jestem, bo co to za wynik 20-te miejsce, ale pucharek jakoś tak podnosi na duchu i dodaje wiary w siebie. Kilka osób mi gratuluje. Choć wcale nie czuję, żebym dokonała jakiegoś wielkiego wyczynu, dziękuję za uznanie, ściskając wysunięte przez nich ręce.

Potem jeszcze tylko krótka sesja zdjęciowa z szalonym driverem z Sierry i Kavalcottim,

i odjeżdżamy naszą rajdówką do domu. Nie, nie pomyliłam się – Starletka to już nie kanapowóz, lecz prawdziwa rajdówka. Tytuł ten zyskała dzięki pucharkowi no i oczywiście dzięki nabraniu po tym rajdzie jakoś takiego bardziej rasowego dźwięku. Nie wnikając w łącznikowo-elastyczne szczegóły, nasza Toyota brzmi teraz niczym burza pierdząca do worka nylonowego.

Fine.

Podziel się!