Autokopex Rallysprint cz. 2

A więc (wiem, że nie zaczyna się zdania od „a więc”, ale to nie początek zdania, lecz początek drugiej części mojego rajdowego opowiadania). No więc Klaudię zlustrowałam jeszcze przed rajdem. To znaczy nie tyle ją, co jej przejazdy, bo startowała w marcu w jakimś innym rajdzie w Dąbrowie Górniczej i na szczęście zajawiony rajdami mogieloes zamieścił jej przejazd na Youtube, którego nie mogłam nie obejrzeć. Wtedy startowała Audi, dziś jednak przyjechała Coltem.

Widziałam ją kilka dni przed rajdem na liście zgłoszeń, musiałam więc siłą rzeczy poznać przeciwnika płci żeńskiej. W końcu walka toczyła się o plastikowy pucharek, nie ma to tamto. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zadała jej kilku podstawowych pytań…

– Jaki tu masz motor? 1.6? – strzeliłam z głupia franc udając znawcę Coltów.
– Tak, 1.6… – mówiłam, jak nie wiedzą to intuicją.
– To ze stówkę będziesz miała, nie?
– No, dokładnie 100 KM. Ostatnio w rajdzie jechałam Audi, ale ono jest moim autem na co dzień, więc kupiłam tego na rajdy. – No super (myślę sobie), ona na każdy swój kaprys ma inne auto, a ja jedyną Starletkę, której zarejestrować nie mogę od pół roku, znoszącą i rajdowanie i ekodriving w jednym, ech… Wkurzyła mnie ta Klaudia generalnie (moje ulubione słówko obok „ojtmojtam”). I w dodatku zrobiła to, o czym ja tylko pomyślałam, ale na myśleniu się skończyło – wyjęła z Colta tylną kanapę! Tak więc w czasie, gdy ona jeszcze coś tam trajkotała (chyba o planach na swoją najbliższą tuningowo-rajdową przyszłość), ja już myślami byłam gdzie indziej… Wyjąć te kanapy, czy nie? Wyjąć, czy nie? Niby nie ważą dużo, ale odkręcania od cholery… E, nie chce mi się. Bez sensu. Przecież jestem tak dobrym kierowcą, że nie muszę pozbywać się siedzeń, żeby pokazać tym wszystkich zadufanym profesjonalistom w nasterydowanych Sejach, gdzie ich miejsce.

10:50
– Aniu, szykuj się, zaraz wyjeżdżamy i jedziemy do Parku Sieleckiego, mamy na dojazd tylko 10 minut – odezwał się mój osobisty mentor, Jacek.

O, fajnie, nareszcie zaczyna się coś dziać. Najbardziej w życiu męczy mnie czekanie. Dlatego jest to powód moich odwiecznych spóźnień. Bo wiecie jak to jest – umówisz się z kimś, przyjedziesz przed czasem i nie wiesz co masz ze sobą zrobić. Ale to zupełnie! Ani już sobie nigdzie nie pojeździsz, ani nie pójdziesz kupić czegoś do picia, ani nawet nie… (odpuszczę sobie wnikanie w szczegóły). Po prostu musisz siedzieć na dupie, bo właśnie za chwilę przyjedzie ten ktoś, z kim się umówiłeś. A jak dodatkowo nie masz ze sobą laptopa czy iPhone’a to już zupełna klapa. Ja tam niby często miewam ze sobą laptopa, ale jakoś ludzie-sknery z zupełnie nieznanych mi przyczyn nigdy nie udostępniają sieci bezprzewodowych (kiedyś to były inne czasy…), a rachunek za Play’a w takich chwilach akurat zawsze jest niezapłacony. Jedyne co możesz wtedy robić, to słuchać muzyki w radiu, ale właśnie wtedy kiedy ty chcesz odpłynąć w fali współbrzmiących harmonii, to oni zaczynają gadać jak nakręceni. Jak nie o środku na przeczyszczenia, czy o kremie depilująco-wyszczuplająco-ujędrniająco-debilizującym, to o Smoleńsku. Jak nie o Smoleńsku, to o Tusku i innych tego typu „wpływowych” postaciach. Spróbuj przełączyć na następną stację – usłyszysz znowu to samo, tylko OBIEKTYWNIE. Tak, bo wszystkie stacje radiowe są obiektywne. I każda bardziej od innych, rzecz jasna. A jak już w końcu skończą gadać, to puszczają ci kawałek, który osłuchał ci przez ostatnie 20 lat do tego stopnia, że nawet na kacu obudzony w środku nocy jesteś w stanie go odśpiewać z dokładnością co do słowa. Ale do rzeczy, bo my tu gadu gadu, a rajdówka stygnie (jak to brzmi, aż widać, że Starletka na te słowa aż się wyprężyła i jakoś tak napięła… Co te naklejki z numerami startowymi robią z aut? A co dopiero z kierowców…!).

Na pierwszy odcinek specjalny dojeżdżamy bezproblemowo. Jacek na razie w nowo obranej roli pilota sprawdza się znakomicie i jeszcze ani razu nie pomylił prawo-lewo (nie śmiejcie się, bo to wcale nie jest taka prosta sprawa). Okazuje się jednak, że tuż po przyjeździe od razu musimy wjeżdżać na PKC i startować. No super, tylko że my w ogóle nie znamy trasy! Do dyspozycji mamy jedynie jakąś mapkę, która już samym swoim wyglądem z nas szydzi. No nic – chcieliśmy, to mamy. Nie miałaś babo kłopotu, to se w rajdzie wystartowałaś, itd….

– Minuta do startu – oznajmia sędzia startowy.
– Jacek, poradzimy sobie? Przecież w ogóle nie znamy trasy.
– Zobaczymy, najwyżej pojedziemy rekreacyjnie.
– Byle bez zwiedzania przydrożnych krzaków…
– 30 sekund… 5, 4, 3, 2, 1… – pisk kół, ruszyliśmy.
– Gdzie teraz?
– Tu
– Gdzie tu?
– No tu!
– Dobra, a teraz?
– Do końca i zawrotka.
(po chwili…)
– Kurde, źle jedziemy! My nie mieliśmy tam zawracać tylko jechać w prawo… Wracamy tam, wycofuj!
– Fuck!
– Ok, teraz tutaj. Dobrze, teraz będzie ten trójkąt.
– To coś tutaj?!
– Tak.
– O k…! Jak tu ciasno! Widziałeś to drzewo? Prawie przybrałam.
– Jeszcze raz w lewo.
– Masakra, co to ma być? Gdzie teraz?
– Tutaj, dość ostry. Teraz prosto i ostry w lewo.
– I dupa, ręczny to sobie mogę wsadzić…
– Nie używaj już ręcznego, masz za szerokie opony. Teraz ostry w prawo i do mety. – Zatrzymujemy się na mecie, udało się jej nie przestrzelić. Tak, pierwszy zimny prysznic za nami… Panowie wpisali w kartę czas: minuta i pięćdziesiąt ileś sekund – dwie wycofki się zemściły. Od razu jedziemy na kolejny OS.

– Jacek, jak teraz stąd wyjechać żeby na ten Kazimierz…?
– Tutaj prosto, teraz w lewo i w prawo. Nie, sorry – następna w prawo, zawracaj.
– Cholera, żebyśmy zdążyli…
– Zdążymy, mamy 25 minut.
– Ty, w sumie to chyba można by już zdjąć kask, nie?
– No raczej…

(po chwili)

– Jacek, słuchaj, a jak mnie pilotujesz, to mógłbyś mi mówić, czy mam jechać w prawo czy w lewo?
– Ania, ale przecież wiesz, że mi się mylą strony.
– No ale nie możesz spróbować się postarać? Jak ty mi mówisz „tutaj” i pokazujesz coś ręką, to ja naprawdę nie widzę, ja za daleko patrzę w przód i za bardzo skupiona jestem na jeździe, żeby gapić się na to, w którą stronę ty kierujesz akurat swój palec. Było by mi o wiele łatwiej, gdybyś używał tych prostych komend, zamiast machać mi przed nosem ręką, której ja i tak nie widzę.
– No dobra, spróbuję.

Walimy trasą na odcinek, już nie jadę przepisowo – chrzanię to. Tym razem chcę ze spokojem wjechać na start. Zajeżdżamy na Kazimierz, parkujemy i wychodzimy z samochodu. To znaczy z rajdówki wysiadamy. Z rajdówki wysiada załoga rajdowa – tak, zdecydowanie ta wersja brzmi najlepiej. Wysiadamy, a tutaj… nic się nie dzieje. Naszym uszom dobiegają komentarze, że jakaś beemka, że miskę rozwaliła i że sprzątają, chwilę potrwa. No to rewelacja, może chociaż tę trasę zobaczymy, zanim będę musiała od razu nią jechać. Po drodze spotykamy Klaudię, ona też ze swoim pilotem próbuje odnaleźć się w terenie. Nawet nie chcę słyszeć, jak to jej świetnie poszedł pierwszy przejazd… Ale głupia mimo wszystko pytam. Jakaś miła jestem chyba…

– Jak wrażenia po pierwszym odcinku?
– 50 sekund.
– Ile?
– 50, bo pomyliliśmy trasę, wycofaliśmy i później jakimś cudem ominęliśmy ten trójkąt i od razu na metę zajechaliśmy. – jaka ulga, nie tylko my takie dupy jesteśmy – Ponoć wiele załóg nie pojechało dobrze tego kawałka.
– No my też mieliśmy dwie cofki, ale przez trójkąt przejechaliśmy. To chyba najtrudniejszy element tej trasy, serio. Same drzewa, wąsko tak, że baba z wózkiem by się zastanawiała czy tam się pchać. Tak, że uważajcie następnym razem tam.

Gadka szmatka, jak to między babami rajdowymi bywa, przy okazji obeszliśmy trasę pieszo. Ta z buta wyglądała sympatyczniej niż tamta zza kierownicy, wydaje się też szybsza – ciekawe, czy uda mi się choć raz trójkę zapiąć, choćby na chwilkę… Napatoczył się po drodze Kavalcotti, jak zwykle uśmiechnięty i życzliwy. Miał w sumie powód – pierwszy odcinek przejechał bez pomyłki, nie to co my. Wytłumaczył biednym amatorom, gdzie jak pojechać. Znowu, że tu szeroko, tu ręczny, a tam uwaga, bo podbija, no i żeby raczej zmieścić się między te opony a murek… Fakt, ma rację, wypadało by się zmieścić.

11:47
Startujemy. Czujemy się już nieco pewniej. Przynajmniej wiemy gdzie jechać. Jednak fajnie, że ta beemka miskę rozwaliła, nie? Ruszamy – pisk opon. Zakręt w prawo (mogłam szybciej, ale czy wtedy już bym nie straciła cennych sekund na poślizgu?). Długa prosta, ale jednak nie trójka (na dwójce przy 90 km/h tak fajnie się kręci…). Redukcja, 1, zakręt, rękaw. Kurna, znowu nie złapał, bez sensu – jadę na około, wyjeżdżamy na prostą, fajny zakręt w lewo, tylko za nim jakoś tak ciasno… Zmieściłam się. Szykana (uwaga, olej z niedoszłej beemy), prosto (a, to tutaj podbija), zdejmuję nogę z gazu. E, nie było tak źle – mogłam iść dzidą. No i teraz ten fajny zakręt! Dwójka, hamowanie lewą nogą, redukcja, rękaw (yeah! – teraz chwycił!) gaz, gaz, gaz (no zbieraj się, japońska małpo!), dwójka, znowu jedynka, bo zakręt w lewo (ale fajnie) i w lewo, meta, ssssstop!

– Uff (banan na pysku)
– Minuta pięć sekund – słyszę, choć nie wiem czy to źle czy nie. Jacek też nie wie, więc wpada na głupi pomysł, żeby zapytać sędziego…
– To dobry czas czy raczej słabszy?
– No raczej słabszy…
– Ale nie najgorszy?
– No nie.
Patrzymy na siebie.
– Next time będzie lepiej – obiecuję.

Wracamy do Parku Sieleckiego, znowu łamiąc przepisy, bo czasu jak kot napłakał. I jeszcze te cholerne światła! Jedno czerwone, drugie czerwone i trzecie również! (Jacek by wam zrobił wykład na temat zbędności sygnalizacji świetlnych. Nie wiem, czemu, ale przy każdej możliwej okazji męczy tym tematem wszystkich taksówkarzy…). A my chcemy raptem tylko zawrócić i wjechać na park. Bez sensu – następnym razem coś wykombinuję. Oczywiście, znowu zajeżdżamy na styk i od razu startujemy. Tym razem jest już lepiej, Jacek zaczyna odróżniać prawo od lewo, nie mylimy trasy, nie wycofujemy, a ja skupiam się już bardziej na technice jazdy niż nad tym, gdzie jechać. Odkrywam, że na trójkącie można iść fajnym bokiem, jak się zaciągnie ręczny, mając koła na trawie. Odkrycia swego nie zawaham się użyć w następnym przejeździe. I tym razem czas jest już zdecydowanie lepszy – zamiast 1:50 mamy 1:01. Super. Ale następnym razem już naprawdę pojadę ten odcinek tak jak trzeba!

Kolejne OS-y idą nam znacznie łatwiej. Gdzieś w międzyczasie przewija się Klaudia zdając nam relacje ze swoich przejazdów – całkiem nieźle jej idzie tak swoją drogą. Szybko też, ucząc się, załapuję, że potrójne czerwone światła przed Parkiem Sieleckim można przejechać tak, by załapać się na wszystkie trzy zielone, trzeba tylko dobrze stanąć na pierwszych światłach i z gazem w podłodze przejechać skrzyżowanie bokiem – wtedy na ostatniej sygnalizacji co najwyżej złapie cię żółte. Na Kazimierzu robię poprawę o 4 sekundy, w Parku Sieleckim, mimo jednej cofki (ręczny mimo podciągnięcia go w wolnej chwili i tak nie złapał) jest poprawa.

Dojeżdżamy do parku maszyn, parkuję mój kanapowóz równolegle do innych nie-kanapowozów. Podbiega szalony Kavalcotti z kamerą, pytając mnie o wrażenia z jazdy. Coś tam bąkam, na szczęście już dziś wiem, że bąknięcia te nie ujrzą światła dziennego, bo Kavalcotti spalił sobie przypadkiem kartę SD z danymi. Przykro mi, drodzy czytelnicy. I przykro mi też z innego powodu – kończę bowiem na dzień dzisiejszy drugą część mojego opowiadania, zostawiając was z niedosytem wrażeń czytelniczych. Ale obiecuję, że kolejna, miejmy nadzieję, ostatnia część tej historii ukaże się już niebawem.

Ale żeby nie było wam zbyt smutno, zostawiam wam jeszcze do obejrzenia filmik z naszego przejazdu, o tutaj. Oczywiście, nagranie również by mogieloes, za co mu wielkie dzięki, bo chłopak naprawdę fajne klipy robi.

cdn…

Autokopex Rallysprint cz. 1

Podziel się!
  • Gładki

    Cały czas zastanawiałem się co to za blachy są. Mówię pilotowi to chyba z Mozambiku!
    Spóźnieni na zapoznanie nie wiedzieliśmy że jest beczka na parku i za każdym razem dostaliśmy taryfę ;] Pozdrowienia od załogi z Puga 306.

  • AMG

    Niestety, totalna seria, tak jak mówię – kanapowóz. A co do startów, 5 czerwca są Tychy – ponoć trasa wiedzie przez hopę! 😮 Mam nadzieję, że nie rozbiję Starletki przed samą sprzedażą 🙂 A po sprzedaży… będę się dorabiać. Mocno dorabiać 😀

  • miz

    Ale ladnie podskakuje to auto nie nierownosciach… 😉 Co planujesz po sprzedazy? Bedziesz probowala czesciej startowac w takich pojezdzawkach?