Z POWROTEM NA KOŁACH. Celica GT projekt CZ.5

DSC_1460Tak taaaaak, powoli zmierzamy ku końcowi. Odsłaniam koleją, przedostatnią część serii filmów o Celice GT. Tym razem trochę zeszło z montażem – wszystko dzięki wspaniałej Gosi, która w ręce me zupełnie legalnie włożyła płytę z nowym programem do montowania filmów! Aaaaa!!!! Radość ma nie miała granic! Potem było ciężko jak go zainstalowałam i przeraziła się, że sprzętowo mogę nie dać rady. Następnie radość znów wróciła, jak wyszło na to, że nie jest jednak tak źle z moim kompem. Potem chwila dłuuuugiej grozy, kiedy to walczyłam o nieustannie traconą jakość przy reenderowaniu, aż w końcu, dzięki godzinom spędzonym przed ekranem z Agą i godzinom spędzonym na telefonie z Wojtkiem – udało się to zakończyć oczekiwanym rezultatem. Widzicie, jak duża ekipa pracuje nad tymi filmami?

Tak już bardziej serio, Aga i Wojtek dołączają do mojego zespołu na stałe. Chyba, że poróżni nas „obiektywny” pogląd, w co wątpię. Wspólnie szykujemy niespodziankę, ale na razie nie mogę zbyt wiele o tym napisać. W końcu ma to być niespodzianka.

Na razie więc zachęcam Was do obejrzenia ostatniego odcinka z projektu Celika GT. To znaczy przedostatniego. Ostatni będzie zwieńczeniem całego dzieła. I… początkiem kolejnego… Ale ciiii! Kulis na razie nie zdradzę, wszystko w swoim czasie.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | 7 komentarzy

Mr. T.

love toyota

Nikt nie wie co tak naprawdę dzieje się za tą blaszaną kurtyną, za którą właśnie jedziemy. Właściwie widzisz tylko światła mrugające w bezdusznym rytmie 0-1. Możesz jedynie próbować zgadywać kim jest ta kobieta za kierownicą i wyobrażać sobie wrażliwość, z jaką naciska pedał gazu.” (cytat z życia wzięty, autor anonimowy).

Uczucia te dojrzewały we mnie powoli i naturalnie. Nigdy nie zapomnę pierwszych spotkań z pewnym siebie ognistoczerwonym Starlet. Jego mruczących reakcji kiedy z lekką niepewnością przesuwałam dłońmi po jego kierownicy po raz pierwszy albo debiutanckiej odcinki, gdy zaskoczył mnie swoim stanowczym podejściem do sprawy. Zajęło nam parę dobrych miesięcy zanim wspólnie zdecydowaliśmy, by pójść na całość. Kiedy już to zrobiliśmy, od razu był z tego puchar! To był mój pierwszy raz. Myślę, że jego też, choć zawsze unikał dyskusji na tego typu tematy. Było niewymownie ale trwało bardzo krótko. Nagła konieczność wyemigrowania spowodowała, że rozstaliśmy się boleśnie. Raz na zawsze. Dziś jest już z inną ale nigdy go nie zapomnę. Starlet mnie naznaczył. Już nic nigdy nie będzie takie samo. And he knows it.

Minęło parę lat. Na emigracji wyleczyłam się z uczuć. W zasadzie już prawie zapomniałam o japońskim duchu przenikającym moją materię na wskroś. Jak to w życiu w takich momentach bywa, oczywiście zaraz się znajdzie coś co ci o tym przypomni. Kiedy już sądziłam, że słabość do pachnących kwiatami wiśni jegomości opuściła mnie raz na zawsze i kiedy gotowa byłam związać się z dobrze wychowanym, ułożonym i prostym chłopakiem z Niemiec, jedna chwila zupełnie przewartościowała moje podejście do sprawy. Był to moment, w którym moje oczy odnalazły jego zdjęcie na jednym z najsłynniejszych randkowych portali. Łudząco podobny do Starlet, bliźniacza budowa ciała, podobne pasje… Celica – jej starszy brat. Wiem, że może ci się to wydać dziwne, jednak uwierz – mimo wyraźnego damskiego akcentu w ostatniej zgłosce nazwy – trudno było się oprzeć jego męskiej ofensywności. Zresztą, mamy gender oraz tolerancję, więc powiedzmy, że jeśli nie zrozumiesz, to też jest ok.

Szybki telefon. Podróż na drugi koniec Polski. Pierwsze spotkanie. Serce łomotało jak szalone na wszystkie gary. Już po pierwszych pięciu minutach poczułam, że stąpam po dobrze znanym mi terenie. Rozumiana, chroniona i bezpieczna. Zupełnie jak przy Starlet z tą różnicą, że ten typ był znacznie bardziej dotknięty upływem czasu. W grucie rzeczy mocno zaniedbany. Na pewno znasz to z filmów Tarrantino – kilkudziesięciodniowy zarost, stare wytarte jeansy i wydziarane ciało. W dodatku dużo palił, pił i źle się odżywiał. Wszyscy mówili, żebym w łeb się stuknęła, że z takim to ja daleko nie zajadę. Stanęłam w obliczu dylematu – serce albo rozum. Oczywiście, rozkochał mnie w sobie zanim zdążyłam podjąć złą decyzję. Zaakceptowałam go takim jakim był. Choć wiedziałam, że dużo lepiej wyglądałby w dopasowanej koszuli i dobrze skrojonym garniturze. Wtedy byłby jak uzewnętrznienie boskości. Jak yin i yang. Siła oraz delikatność w jednym. Najbardziej imponowała mi jego wolność, której przejawem był osobliwy zapach jego ciała, najmocniej wyczuwalny po skrajnym wysiłku. Kochałam tę jadowitą oktanową woń. Bywały dni, że czułam ją w najdalszych zakamarkach nosa. Nawet gdy znikał, jeszcze długo po tym doświadczałam jego zapachu. Zapachu i drżenia. Nieznośnego ciała rozedrgania. Pragnienia ciągłego doświadczania go i poznawania. Do granic przytomności wskazówek się zbliżania, głośnym rykiem sąsiadów budzenia i robienia wszystkich tych najbardziej nielegalnych rzeczy w mieście. Mimo częstych spotkań zawsze było nam mało. Nam, jemu? On nigdy nie mówił o tym co czuje. Wydaje mi się jednak, że wychodził z założenia „expect nothing, enjoy everything”. Nie oczekuj niczego, ciesz się wszystkim. Azjatycka dusza wychowana na nieprzewidywalnych wulkanach. Nie chciałam go zmieniać ale uporczywie stawiałam wymagania i pokazywałam czego mi trzeba. Wiedziałam, że sam kiedyś do tego dojrzeje, że kiedyś zrozumie. Byłam gotowa dać mu tyle czasu ile tylko będzie potrzebował, jednocześnie licząc się z tym, że być może nigdy nie pocałuje moich włosów.

Nieunikniony kryzys, jak w każdej nieprzyzwocie pięknej bajce, zbliżał się wielkimi krokami. Czaił się tuż za jesienią tego rogu. Trochę za bardzo dałam popalić. Jakaś kłótnia, ostra wymiana zdań. Od tego czasu nie było między nami dobrze. Tolerowaliśmy się jedynie. Jak pies i kot, przy czym to on warczał na mnie niezadowolony. Napięcie rosło, ujścia nie było. Pewnego dnia nastąpiło gwarantowane apogeum całej tej sytuacji: zagotował się, zaczerwienił, krzyknął, trzasnął drzwiami i… po prostu wyszedł. Nie rozumiałam co się z nim właściwie działo. Dałam temu jednak spokój. Nie szukałam, nie dzwoniłam. On milczał. Cisza. Przepadł bez śladu. Czułam, że przesadziłam. Z każdą poranną kawą coraz mocniej godziłam się z nieuniknioną stratą. Zajmowałam się swoimi pasjami z przekonaniem, że już nic nigdy nie będzie takie samo…

Minęło parę długich tygodni. Pewnego, dość późnego wieczora, kiedy pospiesznie wychodziłam na spotkanie z przyjaciółmi, moją uwagę przykuł dziwny cień w bramie. Odgłos szurania po asfalcie brzmiał niezwykle znajomo. Poczułam niepokój pomieszany z oktanacją. Osobnik wyłonił się zza murku i stanął w słupie mdłego światła nocnej latarni. Znajome lśniące oczy zabłyszczały w moim kierunku. Wtedy dopiero do mnie dotarło – on… wrócił! Bardzo zmieniony, ale… wrócił! Przeszedł transformację nie do uwierzenia. W nowym salonowym image wyglądał onieśmielająco. Jak Mario Casas, Johny Depp i Haruma Miura w jednym wyciskaczu łez naraz. Spojrzałam na jego biały uśmiech, nogi się pode mną ugięły, w uszach pojawiły się dziwne dźwięki. Potem nic już dalej nie pamiętam – zemdlałam.

Kiedy się ocknęłam, trzymał mnie już w swoich bezpiecznych, silnych ramionach, a ja słuchałam przyspieszonego rytmu jego serca. Nareszcie mogłam przyjrzeć się jego prawdziwej naturze, ostatecznie przede mną odsłoniętej. Naturze z obydwu skrajnych stron mocy, które się uzupełniają i nie wykluczają. Porażająca energia w subtelnej obudowie. Delikatność nienagannego pomruku z mocnym wciśnięciem w fotel. Większość ludzi tylko marzy o takiej relacji, kończąc swe życie z paroma pikantnymi plakatami w garażu lub dobrym Harlequinem w pomarszczonych ze starości dłoniach. Ja też marzyłam. Goniłam za dnia sen jak niebieski ptak. Wierzyłam że niemożliwe jest możliwe, wystarczająco mocno, by się ziściło. To jedzieje się naprawdę! Rozpędzone perpetuum mobile nakręcane energią z marzeń. Nie zatrzyma go żaden radiowóz ani fotoradar.  Takie marzenia jak to… są po prostu niedoścignione.

Koniec.

Koniec?

Kto uparcie wierzy w motogamię może teraz już wylogować się na mleko z czosnkiem.

Wczoraj ujrzałam kolejny obiekt moich nocnych westchnień. Ten już jest tak niedościgniony, że sen sam będzie się spędzał z powiek do końca moich dni. Koniec ze spokojnymi nocami i beztroskim spoczynkiem pod osłoną księżyca. Moc ujarzmiania razy 600, sprawność 4×4, liczba osobników tej rasy 3. Pytasz dlaczego? Odpowiadam – bo świat nie był na niego jeszcze gotów, tak jak na wynalazki Tesli. Wyobraź sobie jednak, jak wyglądałby dziś gdyby ten projekt wszedł w życie? Szkoda, że pozostał nam jedynie niedosyt i gryząca mózg świadomość „What if…?”. Oto starszy brat Starlet i Celiki. A imię jego 222D.

Przecież to nie na ludzkie nerwy! To nie na nasze słabe serca! Jak żyć w ciągłym stanie napięcia, panie Premierze? Do czego to wszystko mnie kiedyś doprowadzi? Tak – do tego też! Wierzę jednak, że to już na torze Nurburgring, na którym z pełnym zapamiętaniem będę mogła dać się poprowadzić jednemu z przedstawicieli tego rozpruwającego zmysły azjatyckiego rodu. Wierząc, że mnie nie zabije. Kiedyś naprawdę oszaleję!

Toyota? Toyota! Toyota!!!

Can U hear me???! Toyota, I F…ING LOVE YOU!

fot. Toyota Motor Corporation

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

PUNKT ZWROTNY. Celica GT PROJEKT cz.4

DSC_0945Cieszę się, że dotrwaliście aż do tego miejsca w oglądaniu videorelacji z mojego największego w życiu projektu samochodowego. Teraz będzie już z górki. Punkt zwrotny, proszę państwa, czyli zaczyna przybywać rzeczy w budzie, a nie ubywać!

Czwartą część zaczęłam od ujęcia, w którym nadajemy Celice na nowo tożsamość, przynitowując jej tabliczkę znamionową. I ten etap jest takim najbardziej wyraźnym momentem, w którym prace nabierają innego kierunku – odchodzimy od ciemnej strony mocy, rozpoczynamy boski proces kreacji! Gotowa kasta z Celiki 1.8 już przyjechała na nasze podwórko i stanęła prawie że ramię w ramię obok brytyjskiej Celiki GT. Pod namiotem, w nieustającym towarzystwie symfonii autobusowów i samochodów, dniami i nocami rozdłubujemy srebrną GT i przekładamy z niej co tylko się da do naszej nowej kasty. Bo „gietek zajebisty, sto tysięcy przejechane, nowe auto”. W białą kastę ładujemy więc 4 tubki wosku. Żeby czasem do głowy jej nie wpadło rdzewieć czy coś. Przerabiamy wiązkę silnika. Modyfikujemy mocowania silnika. Wkładamy silnik (2 litry, oł jeeee!). Wymontowujemy zawieszenie z GT.

W międzyczasie ja uciekam z kamerą przed Jackiem, on mnie goni do roboty, OPR-dala i chucha w obiektyw. Niby zabawnie ale czasami też trochę nerwowo. Takie tam zabawy w berka pomiędzy przerabianiem wiązki, robieniem nowej dziury na nią, a tłuczeniem młotkiem.

A na koniec moje małe wyznanie. Have fun!

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , | 3 komentarzy

NOT AFRAID TO GET DIRTY. Celica GT PROJEKT cz.3

not afraid to get dirtyYupi! Nareszcie udało się zmontować trzecią część! Nie było lekko biorąc pod uwagę że dwa i pół tygodnia starałam się opowiedzieć w 15 minut. Doszłam dziś do zadziwiającego wniosku, że mniej czasu zajęło nam chyba zrobienie tego samochodu, niż zmontowanie z tego wszystkiego filmu… Ale tak to już przecież jest kiedy mentalny perfekcjonizm idący za rękę z prokrastynacją spotka się z amatorstwem. Generalnie najcześciej z randek tych trojga nie wychodzi NIC. Więc i tak cieszę się, że dotrwałam i po niespełna 3 tygodniach mam przyjemność opublikować kolejną część tej historii!

W tym odcinku pokażę jak z niebieskiej Celiki 1.8 została tylko kasta. Poleciało wszystko – wszelkie graty spod maski, zawieszenie, tłumik, kable, przewody hamulcowe, światła, reflektory, szyby, kierownica, deska rozdzielcza, pedały, serwa, pompy, ręczne dźwinie, biegów lewarki, MacPhersony, zderzaki, drzwi, maski… Bosh, jak sobie pomyślę ile czasem było zabawy z jedną śrubką… albo z samym ustawieniem auta na beczkach, lewarkach, oponach, kozłach, osłach… to naprawdę nie chciała bym więcej do tego wracać. Ale – to były dopiero początki – wtedy jeszcze naprawdę mi się chciało ubrudzić :) I to wcale nie jest tak, że całe dnie marzę tylko o tym, by zamoczyć ręce w czarnym oleju… Fajnie jest się tego nauczyć, umieć to zrobić, ale może jednak nie przyjeżdżajcie do mnie ze swoimi zepsutymi autami, ok? :D

Było ciepłe cudowne lato, pogoda dopisywała, mieliśmy potrzebne narzędzia, miejsce na hali właściciela firmy produkującej najtrwalsze w Polsce namioty – firmy G.M. i dobre humory. W tym miejscu chciała bym serdecznie podziękować za pomoc Michałowi Gryt, który już nie pierwszy raz komuś pomaga. To człowiek o wielkim sercu, pomysłowej głowie i ogromnej wyrozumiałości. Skonstruował kiedyś coś naprawdę ekstra, mianowicie samoobsługowy skuter dla sób niepełnosprawnych! Zobaczcie sami jaki sprytny wynalazek. Czad! Kiedyś pomysł, a dziś pojazd, który z powodzeniem sprzedaje się w Polsce, Francji, Włoszech czy Niemczech. Z tego co wiem, ci najbardziej potrzebujący dostali go od Michała za naprawdę symboliczną cenę. Oby na świecie było coraz więcej takich ludzi jak on.

Wracając do Celiki – po raz kolejny miałam przed oczami piękną wizję, marzenie – białe sportowe auto. I właśnie ta wizja trzymała mnie w rytmie codziennego zasuwania przy niej, choć długo białe to to nie było. Więcej na filmie, bo na pewno wolicie oglądać niż czytać (tak przynajmniej sugerują wszelkie badania). A więc zapraszam do mojej przygody – jeśli tylko macie ochotę. Oto część trzecia projektu Celica GT! I to jeszcze nie koniec… I will be back!

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Celica GT PROJEKT cz.2

celica projektNie zwklekając z niczym, już następnego dnia postanowiliśmy wyjąć z Celiki zepsuty silnik. To był najgorętszy dzień tego roku, termometry wskazywały blisko 40 stopni Celsjusza. Było tak gorąco, że chciało się skórę zrzucić… W tym pięknym pełnym słońcu minuta po minucie dobieraliśmy się do wnętrza Celiki, by w końcu w środku nocy zrobić jej „odszczep” serducha. Więcej wyjaśniamy w filmie, więc zapraszam na drugą część. Ciąg dalszy nastąpi…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Celica GT PROJEKT cz.1

celica gt… I jak to zwykle z takimi projektami bywa – musiało minąć trochę czasu i napłynąć trochę kasy oraz wyobraźni, żeby zrealizować szalony projekt pod tytułem Celica GT. Prawda jest taka, że z rozwalonym silnikiem 1.8 udało się przejeździć jeszcze prawie… rok. Panewka stukała, stukała, stukała, ale cały czas miarowo i bez wahań. I jak tak ona stukała stukała, to ja tak tym autem jeździłam jeździłam… Aż przyszedł pewien piękny lipcowy poranek, kiedy na autostradzie z Gliwic przy odpowiedniej prędkości silnik postanowił mi powiedzieć: „Słuchaj, ja już naprawdę mam dość! Jak mi nie dasz spokoju, i to zaraz, to ci korbowód bokiem z bloku wywalę!” – dotarło do mnie, że umęczona życiem Celina naprawdę ma mnie już dość. W ramach ugody dojechałyśmy jeszcze do domu w asyście rockowej już symfonii spod maski, ale już wtedy wiedziałam, że to jej koniec. Szybkie przewertowanie internetu… otomoto, allegro, olx… JEST! Idealna! Właśnie sprowadzona z Anglii Celica GT z przebiegim nieco ponad 100 tys. km. Oczywiście, nauczeni doświadczeniem (patrz historia z kolekcjonerskim BMW 320 z 1978r) w to ostatnie nie uwierzyliśmy. Mimo to coś mocno ciągnęło nas pod ten Toruń, gdzie GT wspomniana stała… Jakaś niewidzialna siła pchała nas ku tej podróży, niczym przeznaczenie, które chce z nami pisać tę historię. Kilka telefonów, bankomat, blablacar i już byliśmy w drodze.

Zanim obejrzycie film, dodam, że dziś jeżdżę już piękną i szybką Celicą GT. Zanim jednak poznacie szczegóły, na razie zdradzę tylko tyle, że całe to przedsięwzięcie trwało ok. 2,5 miesiąca. Wszystko robiliśmy bez garażu,  pod chmurą, w większości własymi narzędziami, we dwójkę. Na szczęście było lato i pogoda słuchając przeznaczenia dopisywała niczym szalona. Zaczynam więc opowieść w formie filmu, na razie część pierwsza, bo do zmontowania mam 48 Gb materiału video zebranego z całej tej akcji. Bądźcie cierpliwi. Wkrótce kolejna część!

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

Znowu zarżnęłam silnik… (ale to nie do końca moja wina)

1.8 engine toyotaRedukcja do dwójki, hamowanie, zakręt. Szczyt, wyjście, pełen gaz, 6 tys. obrotów na blacie. I nagle – jak coś nie DUPNIE!

Tak zakończył się ten piękny sierpniowy wieczór, choć poza wylaną kawą na szyberdach z rana, nic na to nie wskazywało. No dobra, pieprzę bez sensu. Jasne, że wszystko na to wskazywało. Od momentu kupna Celiny liczyłam się przecież z tym, że kiedyś nadejdzie ten moment. Nikt z nas przecież nie wierzył w te kilkukrotnie cofane 180 tys. km. Wiedziałam o tym bardzo dobrze z każdą kolejno wlewaną bańką oleju i z każdorazowo głośniejszymi stukami dochodzącymi gdzieś z głębi jej mocno już osłabionego serca. Wiecie – arytmia, momentami bezdech, w nocy głośne sapanie. Mimo to nadal zapierdalała. Zadziwiała mnie jej wola życia.

To był wieczór jak inne. Czyli inny niż pozostałe. Stara, dobrze mi znana trasa powrotna do domu. Każdy z nas takową ma. To taka z rodzaju tych, na których nawet po naprawie gniazda zapalniczki sprawdzasz czy nie poprawił się może od tego fałmax w zakręcie. No i w końcu jeden z moich ulubionych winkli. Całkiem nieźle żarło ale… Ale jednak zdechło. Poczułam to wyraźnie przy górnej skali obrotów – nagle coś padło. Zabrakło mocy. Zaczęło trzaskać. Zatkało się. Nie wiem. Gdybyście tylko widzieli moją minę… Ta świadomość, że oto znowu w moich rękach ginie maszyna… Nie lubię tego uczucia.. Od razu przed oczami stanęły mi wszystkie moje ex-, które nie podołały. Obydwa Matizy, krótka ale efektowna historia z Pugiem 205 GTi, która tak naprawdę do dziś nie została dokończona (o tym będzie w następnym wpisie, obiecuję!), a teraz Celina… Wiem, że wszystko ma swój policzony czas – jej był i tak długi. Odchodzi z honorem, jak na prawdziwą Toyotę przystało. Myślę, że o takim końcu marzyła. Że trzymała styl lepiej niż tłoki i że lepiej jej zrobić chyba nie mogłam. Że do końca z pełnym oddaniem chciała służyć swojemu bogu czyli mnie. Romantyczny koniec. Kto nigdy nie przeżył tego ze swoim autem, może tylko żałować.

Nie chcę was jednak pozostawić w smutnych nastrojach, więc pozwolę sobie teraz odwrócić kierunek emocji. Celina do domu oczywiście dojechała – jak na bohatera przystało. I pewnie jeszcze by gdzieś chętnie pojechała, gdyby zaszła taka potrzeba. Widzę przecież, jak mruga do mnie zaczepnie, jak nóżkami przebiera… Chyba jednak wolę dać jej odejść w spokoju. I tak nie miała lekko przez ostatnie pół roku. Zasłużyła sobie na to. Albo na nowy sprawniejszy enżin, który teraz jest już nieuniknionością (od inevitability). Dawca już jest. W Łodzi. Wtorek? Uda się!

W każdym razie nie najszczęśliwszej konstrukcji 1.8 najwyższy czas powiedzieć w jej języku: Sayōnara!

toyota 1.8

PS. Babciu, mamo, tato – czytacie między wierszami? :D

Opublikowano AMG personalnie, wybryki AMG, zza kółka | Otagowano , , , , , , | 8 komentarzy

Dziś prawdziwych instruktorów już nie ma…

fot. SeatCztery koła i okna ze szkła. Egzaminy i jazdy i trema… i na nerwach ten palant ci gra.

Dawne życie poszło w dal – dziś już nikt nie uczy nas jak tu jeździć, jak przewidzieć i jak myśleć – wielki żal. Mogła bym tak dalej za Marylą, bo tych koni to jednak mi trochę żal, że się nie zmieściły. Zwłaszcza, że Maryla wie co to dobry koń mechaniczny i z pewnością jeżdżąc po Polsce również natrafia na L-ki, które parkują na słupki. Albo w żółwim tempie opuszczają skrzyżowania. Albo pędzą po centrum miasta w godzinach szczytu z prędkością tak nadmiernie niską, że fotoradar robi im zdjęcie w skali ujemnej.

Znasz to dobrze – litera L przed tobą, granice prawa moralnego w tobie. Choć rzeczywiście tłumy L-ek na drogach coraz częściej przypominają stado ujaranych trutni, trudno sparafrazować Kanta porównując tę sytuację do gwieździstego nieba. To raczej osiedlowy chodnik obsrany przez pupile mieszkańców. Wdepniesz zawsze wtedy, gdy założysz nowe ulubione szpilki. Na stojącą w miejscu L-kę natrafisz dokładnie w momencie, w którym zależy ci na szybkim dotarciu do celu.

I czasem jest to powód, dla którego jednak chciała bym zostać instruktorem prawa jazdy. Żeby nauczyć ludzi jeździć, a nie turlać się. Żeby przyszli kierowcy zrozumieli, że rozwidlenie dróg to nie najlepsze miejsce na rekreację, że ze skrzyżowania trzeba spierdalać. Żeby nie czuli stresu w sytuacji kiedy konieczne jest przekroczenie magicznej cyfry na blacie wynoszącej 50 km/h, powyżej której dla niektórych świat jest nieznany, tajemniczy i niezrozumiały. Żeby, zamiast przejmować się pierdołami, które pokazuje licznik, raczej skupili się na myśleniu i przewidywaniu. Żeby móc zabrać ich na tor i pokazać co się dzieje, gdy wejdzie się w zakręt przekraczając “ponaddźwiękową” prędkość wynoszącą około 30 km/h. Ale przede wszystkim po to, żeby pokazać innym instruktorom jak należy uczyć jeździć kursantów. Bo niektórzy naprawdę jaja sobie robią.

Pół biedy, kiedy musisz się wlec za taką L-ką bo instruktor nie potrafi przycisnąć kursanta do dynamicznej jazdy. Rozumiesz, że kursant się uczy. Próbujesz też zrozumieć, że instruktor się uczy. Że każdy z nas kiedyś się uczył i popełniał błędy. Ale kto do cholery, wypuszcza „świeżaka” w godzinach szczytu na najbardziej ruchliwą drogę? Mój były instruktor na przykład. Przytoczę tę krótką historię, bo myślę, że warto.

Pamiętam, że mało się nie spaliłam ze stresu, kiedy na pierwszej lekcji pan po krótkim wprowadzeniu polegającym na pokazaniu gdzie w aucie jest silnik, kazał mi wsiąść za kierownicę i od razu skierował mnie na dwupasmową ulicę Armii Krajowej w Krakowie. Byłam przerażona. Wprawdzie wcześniej jeździłam traktorem, ale to przecież zupełnie inny styl był. No wiecie – taki terenowy bardziej – dylnąć po ziemniaki w pole z wujkiem. Ewentualnie podpiąć drewnianą przyczepę z rodziną, ale nie jakieś tam zaraz armie krajowe. Na trzeciej lekcji instruktor zabrał mnie na obwodnicę Krakowa i kazał mi się rozpędzić do 130 km/h żeby zobaczyć jak to jest. I to było ok. Tyle tylko, że nawet do tych 130 rozpędzić się nie umiałam, bo piątkę wrzuciłam przy 80 km/h, myśląc że tak trzeba. A pan instruktor nie zapytany – milczał. A jak nie milczał to opowiadał historie swojej rodziny, podczas gdy ja świadoma powagi sytuacji i zupełnego braku moich umiejętności mało zębów nie pogryzłam z nerwów. Zasypywałam go technicznymi pytaniami, na które odpowiadał mi tak, że nic z tego nie rozumiałam. Dziś skwitowała bym to jednym krótkim zdaniem – nie był zaangażowany. A nic mnie tak nie wkurza jak niewłaściwy człowiek na niewłaściwym miejscu. Jego po prostu to nie kręciło. W dupie miał co się ze mną stanie, gdy zrobię prawko i zacznę jeździć. Niczym za komuny, po skończonej robocie podbijał kartę i reszta go nie obchodziła. Na szczęście ja się przejmowałam. Po tej przejażdżce po obwodnicy udałam się do biura firmy i poprosiłam o zmianę instruktora. No i wtedy się zaczęło…

Do tej pory nie wiem, czy zrobili to na zasadzie “Chcesz? To masz!”, czy była to raczej kwestia przypadku. W każdym razie gość był bezlitosny i dawał nieźle popalić. Najmocniej docinał mi kiedy nie przewidywałam, nie myślałam i niepotrzebnie zamulałam. W zasadzie to nawet kilka razy pozwolił mi przekroczyć dopuszczalną prędkość, jednak najczęściej wraz z tym pojawiał się przekaz w stylu “no widzisz – zapierdalałaś i teraz masz tego konsekwencje”. Opierdalał mnie na każdym skrzyżowaniu. Co chwilę. Tak szczerze mówiąc to każda lekcja z nim była dla mnie wtedy jak podróż malezyjskimi liniami lotniczymi. Kiedy po naukach jazdy z nim wracałam do akademika (a jeszcze wtedy byłam bardzo wrażliwa i nie wszystkie mechanizmy obronne działały u mnie jak należy) nerwy mi puszczały i wpadałam w płacz. Mój ex mnie wtedy przytulał i nic nie mówił. Ale zaraz później to on zaciągnął mi pierwszy ręczny na zakręcie, żebym zobaczyła jak to jest :) Dzień przed egzaminem facet zrobił mi z dupy jesień średniowiecza. Już nawet z psychologicznego punktu widzenia patrząc na to wszystko, można było się założyć, że nie zdam. Ale na koniec powiedział “Dostosuj prędkość do swoich umiejętności. Jak pojedziesz na egzaminie wolniej, nic się strasznego nie stanie. Ale jak przegniesz i coś przeoczysz, to zawalisz i nie zdasz. Powodzenia. Trzymam za ciebie kciuki.” No, nareszcie coś podbudowującego. Na egzaminie tego się trzymałam. Byłam mocno skupiona i ku mojemu zdziwieniu zdałam za pierwszym razem. Choć wtedy tego nie rozumiałam, dziś jestem szczęśliwa, że coś mnie wtedy tchnęło i postanowiłam zmienić instruktora, z pana “Milczę Więc Jestem” – w “Opierdalam Więc Szkolę”. Jednocześnie dziś, jak czasem obserwuję, w jaki sposób kursanci są szkoleni, to mam ochotę wysiąść z auta, dogonić tę nieszczęsną L-kę z buta, przeprosić pana instruktora na chwilę i zapytać go, czy nie wolał by może zająć się jednak malarstwem. Albo czymś takim.

Nie wiem, co skłania niektórych do przyjęcia roli instruktora jazdy. Ale jedno jest pewne – większość tych nauczycieli, podobnie jak w szkołach, nie robi tego z powołania. Oni robią to tylko dlatego, że nie mają na siebie lepszego pomysłu. A że wymagań w zasadzie nie ma żadnych, to wszyscy tacy ryją się do tego łatwego koryta. Bo żeby zostać instruktorem, trzeba mieć tylko prawko kategorii B minimum dwa lata i zrobić odpowiedni kurs. Tylko tyle. W konsekwencji tego, wyjeżdżają na drogi zamulone L-ki, z których potem wyłaniają się kierowcy jeżdżący tak, jak by permanentnie byli w stanie narkozy po ekstrakcji szóstki u swojego dentysty. A jak się zdenerwują, to “czasem sobie przycisną”. I właśnie wtedy – podczas tego “czasem” zabijają siebie albo innych. Bo nikt nie nauczył ich myślenia, przewidywania i dostosowywania prędkości do warunków. Bo barany, które nie mają pojęcia o jeździe, uczyły ich sztywnego trzymania się przepisów i niczego poza tym. Serio ludzie – jak macie zamiar tak wykonywać swoją pracę, to może lepiej idźcie na bezrobocie, bo będzie z tego lepszy pożytek dla świata. A nauczanie zostawcie tym, którzy naprawdę potrafią i kochają to robić.

Ciekawa jestem, jakie wy mieliście doświadczenia ze swoimi instruktorami i jak często spotyka się takiego nauczyciela jazdy z powołania. Ja na przykład miałam znacznie więcej szczęścia niż rozumu. No ale ja się w dzieciństwie własnym gównem usmarowałam. Wyobrażam sobie jednak, co by dziś ze mnie zostało, gdybym wtedy nie zmieniła tego instruktora… Jeśli bym jeszcze żyła oczywiście. Bo mój temperament w zestawieniu z zupełnym brakiem myślenia zapewne doprowadził by mnie do grobu. Być może gdyby nie gość, który nauczył mnie jeżdżenia, nie było by ani AMG ani całego tego bloga. I dobrze wiecie, że nie żartuję. A gdybym żyła to była bym jak ulotny Frog w swoim białym BMW. Niczym biegnąca na oślep kura bez głowy. Jak małpa z kałaszem. Nad wyrost. Bez sensu.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | 9 komentarzy

Skąd się wzięły progi (ro)zwalniające?

Próg (ro)zwalniającyZastanawialiście się kiedyś nad tym kto wymyślił „śpiących policjantów”? Na kim spoczywa odpowiedzialność za nasz dyskomfort? Zajrzyjcie, a dowiecie się, kto za tym stoi.

Jak łatwo wywnioskować z mojego ogólnego stosunku do restrykcji w przepisach ruchu drogowego, nie należę też do zwolenniczek progów zwalniających. Uważam to za zupełnie bezsensowny pomysł, czego podstawowym założeniem jest założenie, że kierowców powinno się dobrze kształcić, a nie ograniczać. Zamiast idiotycznego wylewania betonu na ulicę, można przecież nauczyć kierowców myślenia. Pomijam już całe prawo, które opiera się na starym i zupełnie nieprawdziwym założeniu teorii behawioralnej, gdzie za pewnik uznaje się fakt, że konsekwentnie karany obywatel w końcu zacznie dostosowywać się do przepisów. Może i zacznie. Ale pozwólcie mu działać, kiedy nikt nie patrzy mu na ręce. Taki wypuszczony z klatki element z dziką satysfakcją i rozkoszą wypływającą z tłumionej dotychczas frustracji, świadomie zacznie łamać prawo. Ihaaaaa!!!

Dlatego też progi (ro)zwalniające nie budzą we mnie uczucia akceptacji. Delikatnie ujmując. Czasem aż flaki się wywracają. I to w dobrze zamortyzowanych osobówkach. A jeśli zdarzyło się wam jeździć ciężarówką, to już wiecie o czym mówię – w tych pojazdach pokonanie jednego „śpiącego policjanta” to przeżycie na miarę trzęsienia ziemi w Japonii. Naprawdę, mocno współczuję wszystkim kierowcom tirów.

Niejednokrotnie przejeżdżając przez taki zestaw, zastanawiałam się – kto tak naprawdę stoi za tym pomysłem? Wyobrażałam sobie nawet jak jego droga z domu do pracy usłana jest właśnie takimi hopami… Niestety, dziś dotarłam do źródła i już wiem, że moja wizja nie ma szans się ziścić. Okazuje się, że osoba, spod ręki której powstał pierwszy taki projekt już nie żyje.

Arthur_ComptonA był to amerykański fizyk uhonorowany nagrodą Nobla, pan Arthur Holly Compton. Ponoć bardzo mądry i świadomy obywatel świata. Nie kwestionuję tego. Faktem jednak jest, że ten pan w 1953 roku, niespełna 10 lat przed swoją śmiercią, „zainspirowany” motocyklistami przejeżdżającymi obok budynku uniwersytetu, w którym pełnił funkcję rektora, wymyślił próg (ro)zwalniający. Metoda godna typowego belfra – dać niegrzecznym uczniom po łapie linijką i będzie spokój. Cóż, może i Compton znał się na promieniowaniu. Ale pedagog to z niego był marny. I nie to, żebym zrzucała całą odpowiedzialność na jednego gościa. Przecież każdy ma prawo się mylić. Szkoda jednak, że jakiś idiota podłapał pomysł i postanowił wcielić go w życie na skalę światową. W ten sposób Comptonowi postawiono już miliony pomników. Za bezsensowne dzieło.

Opublikowano moim skromnym zdaniem | Otagowano , , , , , , , | 8 komentarzy

Jak pozyskać sponsora na rajd – 7 kluczowych zasad.

sponsorzyDla jednych to faramuszka, dla innych twardy migdał do przełknięcia. Wiele osób bezproblemowo radzi sobie ze zalezieniem sponsora, są jednak też tacy, którzy, jak twierdzą „nie zamierzają się prosić”, a ich wcześniejsze doświadczenia sugerują, jakoby było to niemożliwe do osiągnięcia…

Na wstępie jednak chcę podziękować Żabie, która poszukując właśnie sponsora, poprzez swoją rozmowę ze mną zainspirowała mnie do napisania tego artykułu. Dziękuję – bez ciebie ten pomysł i wpis pewnie nigdy by nie powstał. A wiem, że zwłaszcza kobietom jakoś tak trudniej przekonać sponsorów. Być może są zbyt wrażliwe, być może to sponsorzy nie dowierzają, że kobiety też potrafią dobrze jeździć. Nie wiem do końca o co chodzi. Mam jednak nadzieję, że ten wpis pomoże niejednej kobiecie w znalezieniu właściwego wspomożyciela. A i nie zaszkodzi chłopakom-rajdowcom.

W amatorskim środowisku rajdowym przebywam od paru dobrych lat. Wiele razy zdarzyło mi się rozmawiać z zespołami rajdowymi nie tylko o ich samochodach czy wyczynach ale również właśnie o sponsoringu. I zauważyłam jedną, być może dla niektórych dziwną, prawidłowość – im lepszy model samochodu, tym mniejsze problemy ze sponsorami. Oczywiście, zdarzały się i nadal zdarzają wyjątki. Ale jednak w większości przypadków sprawa wygląda tak, że kierowca Evo ma zwykle super sponsora, który dowozi mu i serwisuje samochód na miejscu, podczas gdy kierowca Fiata Seicento sam spawa klatkę na kilka godzin przed rajdem by potem z podkrążonymi oczami startować w superoesie. Mówi się, że biedny dwa razy traci, a bogaty zawsze zyskuje. Jak to zwykł mówić mój przyjaciel, fiński mistrz „It is expensive to be poor”. Pamiętam to jak dziś – kupował wtedy najdroższy z możliwych, porządny markowy ekspres do kawy, a ja pytałam się go, czy nie szkoda mu na to kasy. Tydzień przed tym wydarzeniem również kupiłam coś, co koło ekspresu chyba nawet nie leżało. Czyli najtańsze dziadostwo, z którego każda kawa, bez wyjątku (nawet Lavazza), smakowała jak mocz hipopotama. Po upływie niecałego roku wyniosłam to na śmietnik wraz z kartką, na której napisałam: „Robi kawę, działa – ale nie polecam.”. Ekspres mistrza natomiast cieszy teraz jego dzieci i kto wie – może i posłuży dzieciom jego dzieci…

Choć nie o kawie jest ten wpis, chciałam naświetlić pewien sposób rozumowania. Ci, których stać na porządne rajdówki po prostu potrafią negocjować i zarabiać pieniądze. A tym samym zdobywać sponsorów. Jak to zrobić?

1. Po pierwsze, target.

Szukaj takiego sponsora, którego produkt rzeczywiście może zainteresować środowisko rajdowe. Takiego, na którego sama zwróciła byś uwagę. Oklejanie się lepkami z kwiaciarni albo logiem niszowego producenta kiełbasy raczej nie jest najlepszym pomysłem i nawet ty nie będziesz się z tym dobrze czuła. Jeździsz, więc sama najlepiej wiesz, co może się sprzedać, co może zainteresować innych kierowców rajdowych. Oleje, smary, klatki rajdowe, kaski, szybko rozkładalne namioty, wszelkie usługi mechaniczne – takie rzeczy w tym środowisku można reklamować. Ale nie długopisy.

2. Najpierw znajomi.

Zastanów się, czy w Twoim otoczeniu nie ma firm albo osób pracujących w przedsiębiorstwach, które po prostu znasz. Czasem nie trzeba daleko szukać. A może akurat okaże się, że w firmie X znają cię i lubią i z miłą chęcią zechcą wesprzeć cię w startach? Nie bój się pytać, nie bój się prosić. Każdy z nas ma do tego prawo. Inną sprawą jest, że każdy ma prawo odmówić. Ale niby dlaczego nie spróbować? Dopiero gdy wyczerpiesz wszelkie możliwości, szukaj dalej. Czasem nawet lepiej wejść gdzieś w ulicy niż opierać się na plecach. Ważne jest jednak jak wchodzisz… ale o tym w następnym punkcie.

3. Twój wizerunek, czyli każdego dnia spodziewaj się wszystkiego.

Bądź zawsze zadbana, atrakcyjna i pewna siebie. I nie smartfoń cały czas, bo coś cię ominie. Codziennie kiedy wychodzisz z domu, nie wiesz co może cię spotkać. Nigdy nie wiesz, czy w drodze do pracy nie poznasz miłego starszego pana milionera. Albo właściciela potężnego przedsiębiorstwa. Tacy ludzie istnieją. Chodzą po ziemi i są wśród nas. I nie każdy z nich ma szajbę na punkcie modlenia się do pieniędzy. Dlatego zastanów się, jaki zbudujesz obraz w oczach potencjalnego sponsora, kiedy ten pierwszy raz ujrzy cię w obdartych spodniach w kratkę, przepoconym t-shircie, brudnych adidasach i z przetłuszczonymi włosami. Zastanów się, w jakim miejscu jego głowy ulokujesz się przez te pierwsze 5 sekund. Zanim jeszcze zamienicie ze sobą parę zdań. Być może już sam twój wygląd wykluczy potencjalną możliwość jakiejkolwiek konwersacji? Oczywiście, nie mówię też, że masz się odpicować jak Golf na tuning show. Prosto, skromnie ale pewnie siebie. Zarówno z zewnątrz jak i w środku. Te codzienne zasady tym bardziej obowiązują, kiedy idziesz na spotkanie ze sponsorem. Sponsora przede wszystkim kupujesz sobą. Nie możesz więc wyglądać jak pomięta szyszka albo wypluwać z siebie niewyraźne słowa na przemian z resztkami obiadu.

4. Konkrety.

Jak już przyjdzie co do czego, rozmawiaj z potencjalnym sponsorem otwarcie i szczerze. Dobrze by było, żebyś wcześniej zastanowiła się, jakiej wysokości wsparcie chciała byś uzyskać. A już na samym spotkaniu nie bój się o tym rozmawiać. Mów wprost – potrzebuję pińcet czy tam ileś na każdy start. To nie temat tabu tylko biznes. Mów, co w zamian oferujesz. Może oprócz oklejenia samochodu, zaproponuj sponsorowi, że go rozreklamujesz na rajdzie? Co ci szkodzi podejść do innych kierowców z jakimś folderem reklamowym i powiedzieć: „Zobacz jaki fajny produkt, sama używam go od X czasu i mogę ci go z czystym sumieniem polecić. To mój sponsor.” Każdy rajdowiec zrozumie twoją potrzebę rozreklamowania sponsora, więc jak nie jest cichym gburem, to na pewno zainteresuje się choć trochę produktem. Pod warunkiem, że nie są to te nieszczęsne długopisy :) Daj sponsorowi konkretny powód. A jak mimo to zacznie jęczeć „eeee, wiesz, my teraz kryzys mamy, blebleble”, to podziękuj uprzejmie i nie trać więcej swojego czasu. Jak ktoś jęczy na starcie to nie spodziewaj się, że później współpraca będzie się układała lepiej. Szkoda twoich nerwów i czasu, bo w tej chwili możesz już być u następnego potencjalnego sponsora z ofertą.

5. Nie zrażaj się.

Nawet Bóg nie od razu świat zbudował. Nie wszystko też wychodziło mu świetnie… Tym bardziej ty jako człowiek, nie przejmuj się, jak ci nie pójdzie pierwszy, drugi czy trzeci raz. Wiele osób poddaje się właśnie wtedy. Na podstawie kilku doświadczeń wyciąga wniosek, że nie da się znaleźć sponsora, kształtując w sobie w ten sposób fałszywe przekonanie. I potem ciuła grosz do grosza wyrzekając się chleba powszedniego na rzecz rajdów. A przecież facet, z którym rozmawiałaś mógł mieć po prostu zły dzień, a ten drugi właściciel firmy rzeczywiście nie miał kasy. I nic w tym złego. Ty masz prawo prosić, oni mają prawo odmówić. Nikt na nikogo się nie gniewa, rozstajecie się w pokoju i bez ukrytych wewnętrznych frustracji. Poza tym, to jego strata.

6. Jeździj często, przywoź pucharki.

Nic bardziej nie ucieszy sponsora jak zdjęcie pucharka i samochodu rajdowego w jego gabinecie. Zdobywaj więc pucharki, pamiętając o tym, że nam, dziewczynom jest nieco łatwiej. Zwłaszcza kiedy powstaje klasyfikacja pań. Bo spójrzmy prawdzie w oczy – na dzień dzisiejszy nie mamy dużej konkurencji, warto więc walczyć. Jeździj często, szukaj stałego sponsoringu, dzięki temu też będziesz mogła się rozwijać. Warto na koniec sezonu napisać sponsorowi specjalne podziękowania ze zdjęciem i oprawić w ładną ramkę. Właściwie to jest to twój obowiązek.

7. Kontakty.

Jeśli po przejrzeniu listy kontaktów nie znalazłaś nikogo kto mógł by cię potencjalnie sponsorować (choć trudno mi w to uwierzyć), szybko nadrabiaj zaległości. Każda nowo poznana osoba (nawet na zakrapianej imprezie) powinna zostawić po sobie w twoim życiu ślad pod postacią numeru telefonu. Mamy XXI wiek i naprawdę – ludzi z Ciemnogrodu jest już coraz mniej i mało kto uważa, że kobieta zwyczajnie prosząca o numer telefonu nie szanuje się czy jakieś tam inne bzdety ze średniowiecza. Dbaj o znajomości i pamiętaj – nigdy nie wiesz, kogo spotkasz na swojej drodze. A przy odrobinie szczęścia, które towarzyszy każdemu po trochę, na pewno się uda :)

Gdybyś miała jakieś pytania lub jeśli uważasz, że o czymś ważnym nie napisałam, nie bój się pytać i pisać w komentarzach. Postaram się odpowiedzieć, w miarę mojej wiedzy i możliwości. Pozdrawiam i szerokości!

Opublikowano moim skromnym zdaniem | Otagowano , , , | 6 komentarzy